Warsztat pisarski · Debiut wydawniczy
Jak NIE wydawać swojej pierwszej książkiBo się srogo natniesz
Spis treści
Potencjalny debiutant w Polsce ma kilka możliwości (choć nie oszukujmy się – obecnie sytuacja rynkowa dla osób, które dopiero mają zaistnieć w literackim świecie, jest bardzo trudna). W poniższym tekście koncentruję się wyłącznie na jednej możliwości: tej związanej z płaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest vanity publishing (w skrócie vanity) lub wydanie subsydiowane (można śmiało uznać je za synonimy).
Vanity to usługa pośredniczenia w wydaniu książki. W teorii – nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” oznacza „próżność”. I w istocie ten system wydawniczy ma na celu łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a zdobycie umowy wydawniczej to jednak ciężki kawałek chleba, szczególnie jeśli chęci są wielkie, ale talent już niekoniecznie.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie specyfika tych usług, polegająca na wmawianiu klientom (autorom) rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ot, zwykłe żerowanie na ludzkiej niewiedzy. Nie wszyscy muszą znać realia rynku wydawniczego, podobnie jak nie każdy potrafi naprawić samochód i musi powierzyć to zadanie specjaliście. O ile jednak pracę mechanika łatwo ocenić (samochód jedzie albo nie), o tyle ocena gotowego produktu, jakim jest książka, będzie dla osoby bez odpowiedniej wiedzy niełatwym zadaniem.
Jeśli zatem kiedykolwiek otrzymałeś propozycję wydania tekstu z własnym wkładem finansowym, rozważasz taką opcję lub – co gorsza – uważasz, że inaczej nie można zaistnieć na rynku, zapoznaj się z poniższym tekstem. Będzie długo, ale wyczerpująco.
Pragnę też uczulić na jedną rzecz: rozpatruję wyłącznie model wydawniczy vanity. To nie self-publishing, w którym autor jest koordynatorem procesu wydawniczego i zleca kolejne etapy bezpośrednio wykonawcom (redaktorom, korektorom etc.). Jeśli uważasz, że system vanity jest idealny dla twoich potrzeb – nie musisz czytać dalej, prawdopodobnie znasz jego wady i zalety. Najpierw zamieszczam jednak dłuższą wypowiedź Radosława Lewandowskiego, twórcy, który zadebiutował właśnie w systemie vanity, obecnie zaś odnosi kolejne sukcesy w wydawnictwach tradycyjnych:
Zamarłem na kilka chwil po zapytaniu mnie o moje doświadczenia związane z wydaniem własnej książki w formule vanity. Mam mieszane odczucia, ale po kolei.
Moją pierwszą powieść wydałem za własne pieniądze, korzystając z pośrednictwa jednego z wydawców. Oczywiście szukałem wcześniej „normalnego” wydawnictwa, ale głową w mur. Przeprowadzili korektę i redakcję, ale na tak żenującym poziomie, że choć do dzisiaj mam kilka egzemplarzy, to trzymam je w ukryciu.
Później poprawiłem tekst pod okiem redaktora z prawdziwego zdarzenia i wydałem „bezkosztowo” w wydawnictwie RW2010. Na początek w formie ebooka, potem analogowej. Czy było warto? Dotknęły mnie tak zwane „plusy ujemne”, czyli kpiny niektórych recenzentów, wytykanie palcami, śmichy-chichy z jakości grafiki na okładce. Zdobyła nawet jakiś laur jako jedna z brzydszych w danym roku.
Nie jest tak, że autor nie bierze do siebie hejtu, czy uzasadnionej krytyki. Bolało jak diabli. Ale były też „plusy dodatnie” – kilka fajnych, budujących recenzji, pachnąca drukarską farbą książka. To przeważyło i zacząłem pracować nad własnym warsztatem. Bo nic głupszego, niż zadąć się i obrazić na cały świat, który nie rozumie rozterek pisarza. Dziś poza serią Yggdrasil, wydałem w Muzie trylogię o wikingach, która jest bestsellerem w Empiku. Jak wieści niosą, interesują się nią Amerykanie, może i Niemcy.
Jest dobrze.
Wracając więc do pytania: czy było warto? Odpowiem: TAK. Gdyby nie ten pierwszy krok, nie postawiłbym kolejnego i nie zaczął w końcu biec. Ale gdybym miał doradzać coś młodszym stażem adeptom pisarstwa, to próbujcie swoich sił w wydawnictwach, które to wam zapłacą za pracę. I sprawdzajcie, u kogo wydajecie – to ważne.
Jak rozpoznać vanity?
To bardzo łatwe zadanie – z vanity mamy do czynienia w każdej sytuacji, w której oferuje się nam wydanie tekstu pod warunkiem pokrycia (rzekomej) części kosztów. W grę wchodzą kwoty od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy (sic!) złotych. W żadnym wypadku te wyliczenia nie mają sensu.
Możecie być też niemal pewni, że odpowiedź z firmy vanity będzie zawierała same pochwały. Nic dziwnego – jaki interes miałaby firma w odmawianiu wykonania usługi klientom, którzy posłusznie przynoszą jej grubą kasę? Żaden.
Dlatego zanim zrobicie przelew na pokaźną kwotę lub zaczniecie wkładać buty, by biec do najbliższego banku po kredyt, przeczytajcie cały tekst.
Ogólnopolska promocja
W zapewnieniach o intratności przedsięwzięcia praktycznie zawsze pojawiają się slogany dotyczące promocji. W końcu kto nie chciałby zobaczyć swojej książki na bilbordach, na tramwajach czy na wystawie w księgarni, najlepiej w całym kraju?
W internetowych dyskusjach na temat czytelnictwa bardzo często wspomina się, że skoro wydawcy w ogóle nie inwestują w marketing, to i sprzedaż jest kiepska. Jednak gros komentatorów nie zdaje sobie sprawy, ile tak naprawdę kosztuje skuteczne wypromowanie książki. Reklama w czasopiśmie? Kilkanaście tysięcy złotych, a w tytułach o większym zasięgu nawet kilkadziesiąt tysięcy. Lepsza ekspozycja w księgarni? Kolejne kilkanaście tysięcy. Do tego pomniejsze koszty promocji: egzemplarze recenzenckie, spotkania autorskie, banery, patronaty. Niemniej hasło „ogólnopolska promocja” brzmi dumnie. Tylko gdzie jest haczyk?
Internet. Właśnie tu kryje się sedno problemu – tak zwana ogólnopolska promocja to bardzo często wrzucenie informacji o książce na stronę wydawcy, ewentualnie wysłanie kilku egzemplarzy recenzenckich. Nie liczcie na recenzje w prasie – dziennikarze wiedzą, czym pachną książki wydane w firmach vanity. Jest ogólnopolski zasięg? Ano jest, przecież stronę można otworzyć z każdego miejsca w kraju. Ba, niekiedy mówi się już nawet o zasięgu ogólnoświatowym (należy czekać na ogólnogalaktyczny).
Pamiętajcie też o jednej bardzo ważnej kwestii – wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z tego, jak działa mechanizm vanity, jednak równie wielu doskonale go rozumie. Innymi słowy: dla znacznej grupy odbiorców jesteście po prostu spaleni przez samo logo wydawnictwa na okładce. Będzie ono krzyczeć: „Tekst tak słaby, że nie chcieli go w normalnej oficynie”. Napisaliście tekst DOBRY, ale z jakichś powodów wydaliście go w vanity (choć nie oszukujmy się – szanse na to są znikome)? Istnieje spore ryzyko, że wielu czytelników najzwyczajniej w świecie nie zdecyduje się na kupno książki z wydawnictwa, którego oferta jest kojarzona z grafomanią.
Ogólnopolska dystrybucja
Tutaj działa wspomniany wyżej mechanizm – książka trafia do internetowej księgarni wydawcy, czasami także do innych tego typu sklepów. Jej pojawienie się na półce jest jednak raczej dziełem przypadku niż regułą. Często takie pozycje pozostają wyłącznie dostępne w ofercie – czyli zamawiane na wyraźne życzenie kupującego, niedostępne stacjonarnie. Raczej zapomnijcie o dumnym pozowaniu na tle grzbietów waszej książki – szczególnie jeśli wydawca oferuje niewielką liczbę egzemplarzy, przykładowo 300. To bardzo mało w skali ogólnokrajowej i próba natrafienia na wasze dzieło może przypominać szukanie igły w stogu siana.
Cały proces opiera się na prostej ekonomii: księgarnia to nic innego jak sklep z książkami, który ma za zadanie generować zyski. Kto ma zatem większą szansę na pojawienie się na półce – znany autor z niezłą promocją czy debiutant, który nie zdołał jeszcze wyrobić sobie renomy (i który raczej sobie jej w tym wypadku nie wyrobi)? W tej drugiej sytuacji dobrze mieć też świadomość, że kanały promocyjne dla vanity są bardzo ograniczone. Poważna aktywność wybranego przez was wydawcy zapewne skończy się na wysłaniu notki prasowej do kilkuset redakcji, a jakieś 98% odbiorców usunie ją bez czytania.
Pamiętajcie też, że macie dużą konkurencję – walczycie o uwagę czytelnika z innymi autorami, a także z tradycyjnymi wydawnictwami. By przekonać się o popularności vanity, najlepiej przejść się do kilku najbliższych księgarni i sprawdzić, jak wiele książek danej oficyny można tam znaleźć.
Miliony sprzedanych egzemplarzy?
Jedna z pionierskich na polskim rynku firm vanity (na szczęście przestała istnieć lata temu) kusiła potencjalnych klientów bardzo górnolotną obietnicą: nakład w wysokości 10 000 egzemplarzy, ale najpierw wydrukujemy 300 sztuk. Żeby było ciekawiej, jeśli w określonym czasie nakład się nie wyczerpał, autor był zobowiązany do wykupienia pozostałych książek. Innymi słowy: płać za wydanie i jeszcze za niesprzedane egzemplarze.
Miejmy jasność – taka sprzedaż nie jest niemożliwa. W tym miejscu warto nadmienić, że wydawcy bardzo różnie określają poziom sprzedaży pozwalający uznać książkę za bestseller. Jedni wskazują mniej niż 10 000 egzemplarzy, inni są bardziej optymistyczni i zakładają sprzedaż nawet na poziomie 30 000. Oczywiście wiele zależy od gatunku i okładki (tak, to element mający całkiem spore przełożenie na sprzedaż). Przyjmijmy jednak, że debiutant w beletrystyce ma naprawdę małe szanse na osiągnięcie pułapu nawet 5000 egzemplarzy. Przy dobrej promocji może liczyć na około 1500–2000 sprzedanych książek (a w mniejszych oficynach to nawet nie połowa tego).
Płać i płacz
Warto wiedzieć, że książki drukuje się w offsecie (tekst jest nanoszony na papier przez odpowiednie wałki) lub cyfrowo. Zdecydowana większość pozycji dostępnych w księgarniach jest drukowana w offsecie – technologii najkorzystniejszej finansowo przy większych nakładach (im większy nakład, tym mniejszy koszt pojedynczego egzemplarza). Druk cyfrowy jest odrobinę gorszej jakości, ale pozwala na drukowanie nawet pojedynczych egzemplarzy (przy druku offsetowym koszt wydruku jednej książki byłby zabójczy ze względu na specyfikę procesu). Nakłady w wydawnictwach vanity raczej nie przekraczają 1000 egzemplarzy (najczęściej to wspomniane wcześniej 300). Kalkulatory na stronach drukarni pokazują, że cena jednostkowa przy nakładzie rzędu 100 egzemplarzy to około 15–20 zł brutto (oczywiście zależy od parametrów książki, takich jak format czy liczba stron).
W Fantazmatach co jakiś czas zamawiamy drukowane egzemplarze naszych antologii. Wydajemy dość obszerne pozycje i nie robimy tego po kosztach. Dla przykładu: pokaźne Fantazmaty II kosztowały około 18 złotych za egzemplarz przy zamówieniu 130 książek. Wydawnictwo vanity, które drukuje w offsecie i jest stałym klientem, raczej nie płaci więcej niż 7–10 złotych za egzemplarz. A i tu mówimy o solidnym wydaniu, z dobrej jakości papierem i grubym kartonem na okładkę.
Kilka wyliczeń (oczywiście szacunkowych). Załóżmy, że wydrukowanie książki kosztuje 8 złotych – przy nakładzie 300 egzemplarzy daje to 2400 zł. Koszt okładki dziś, w dobie AI, jest znikomy, to często abonament stocka i AI rozłożony na wszystkie tytuły pojawiające się w ofercie, przyjmijmy, że pomijalny. Załóżmy, że tekst liczy około 10 arkuszy wydawniczych (400 000 znaków ze spacjami), i zestawmy to ze średnimi stawkami dla redaktora i korektora w firmach vanity (w środowisku edytorskim nie są one żadną tajemnicą). Redakcję wyceńmy na 150 złotych za arkusz, korektę na 80 złotych (to mało, naprawdę mało). Łącznie daje to 2300 złotych za opracowanie tekstu. Koszt składu (rynkowy, więc raczej zawyżony w stosunku do realiów vanity) to około 1200 złotych.
Łącznie? Około 5900 złotych. Oczywiście to tylko koszt przygotowania i druku książki; nie wliczam kosztów funkcjonowania firmy, bo ich uwzględnienie tutaj jest właściwie niemożliwe.
Teraz szybki rzut oka na kwoty zbiórek crowdfundingowych, których celem jest zebranie pieniędzy niezbędnych do wydania książki. W tym modelu płacą chętni czytelnicy, nie autor. Średnio potrzeba 15 000 złotych. Odejmijmy prowizję portalu i koszty nagród dla wspierających – zostanie pewnie jakieś 13 000 złotych. Po drodze wyparowało około 7100 złotych. Gdzie się podziały?
Oczywiście w kieszeni wydawcy. Nawet po uwzględnieniu kosztów logistyki i przechowywania tych egzemplarzy zarobek za sam fakt pośredniczenia w procesie wydawniczym jest horrendalny.
Właśnie wcisnęliście firmie pieniądze za to, że będzie sprzedawać waszą książkę i pobierać z tego spory procent. Przypomina to sytuację, w której płacicie swojej firmie za możliwość podjęcia pracy, a na dodatek z wypracowanych przez was zysków odtrąca się kolejną część.
Tradycyjny wydawca musi zadbać o sprzedaż waszej książki, jeśli chce odzyskać zainwestowane pieniądze. Wydawca vanity zarobił już dzięki wam, nie poniósł też żadnych kosztów, skoro pokryliście je wy. W takim modelu dbanie o sprzedaż nie ma żadnego sensu, a jest wręcz niewskazane, bo generuje dodatkowe koszty (logistyka, promocja, pracownicy). A gdy już autor napędzi sprzedaż, kto zarabia dodatkowo? Oczywiście wydawca, bo sam autor jest na minusie z racji opłacenia wydania książki.
Ale oni płacą więcej niż „normalny” wydawca!
Firmy vanity często chwalą się, że u nich autor zyskuje znacznie większe honorarium za sprzedane egzemplarze (faktycznie, często to nawet 75% ceny sprzedaży). Duża różnica, jeśli wziąć pod uwagę, że u tradycyjnych wydawców debiutant może liczyć na około 10% ceny sprzedaży książki. Teoretycznie bardzo niewiele, ale warto mieć na uwadze, że lwią część ceny książki (około połowy, niekiedy nawet 60%) zabierają pośrednicy, czyli dystrybutor i księgarz. A trzeba przecież zapłacić jeszcze redaktorowi, korektorowi, składaczowi, grafikowi, marketingowcowi i pani sprzątaczce. Wydawca musi dbać o swoją reputację, więc zatrudnia specjalistów lepszych niż firma vanity (czyli droższych), co oczywiście generuje większe koszty procesu wydawniczego. Jeśli ktoś spodziewał się, że właściciele tradycyjnych oficyn leżą do góry brzuchami w bananowych republikach, to muszę go gorzko rozczarować – w tej branży trudno liczyć na kokosy, a sprzedażowe hity takie jak Harry Potter czy Zmierzch zdarzają się bardzo rzadko.
Skąd zatem bierze się różnica rzędu kilkudziesięciu punktów procentowych? Właśnie stąd, że opłaciliście cały proces wydawniczy (tak, po raz kolejny powtórzę: nie wierzcie w bzdury, że to „współfinansowanie”). Wydawca nie poniesie kosztów promocji i dystrybucji, a i tak jest już na dużym plusie. Śmiało może wam oddać te kilka złotych więcej, tym bardziej że jego przychody nie opierają się na środkach ze sprzedaży wydawanych tytułów. Pamiętajcie też, że w tradycyjnym modelu wydawniczym zaczynacie od zera lub nawet jesteście na plusie (zaliczka). W przypadku vanity najpierw musicie niemało zainwestować, by w ogóle mieć jakąkolwiek szansę na odzyskanie tej kwoty.
Mam większe możliwości?
Osoby zainteresowane wydaniem własnej twórczości często zadają jedno pytanie: czy będą miały jakikolwiek wpływ na ostateczny kształt publikacji. Prawdopodobnie wiąże się to z popularnym mitem, jakoby wydawcy mieli (nierzadko bez wiedzy autora) dopuszczać się poważnych ingerencji w treść powieści, a nawet ją cenzurować. Jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc postaram się wytłumaczyć, jak to wygląda w rzeczywistości (pokrótce, bo sam proces wydawniczy to temat na inny tekst).
Po pierwsze sytuacja, w której wydawca samowolnie dokonuje poprawek w tekście, jest dla autora… całkiem pozytywna, bo odszkodowanie wywalczone od nieuczciwej firmy raczej przewyższy potencjalne honoraria. Ale nie ma co liczyć na łatwy zarobek – nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na taki krok. W najgorszym razie po prostu podziękują wam w trakcie współpracy i tekst będziecie musieli wydać gdzie indziej.
Sprawa cenzury przypomina pewien wiekowy już dowcip:
„Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: Tak, to prawda, ale nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną”.
Jak zatem wygląda to w praktyce? Każdy tekst (przynajmniej w teorii) jest poprawiany przez redaktora, który może (a często nawet powinien) zasugerować zmiany: przykładowo rozbudowę jakiegoś dialogu czy opisu, usunięcie konkretnej sceny, a nawet rozdziału. Co ważne, nigdy nie jest to nakaz – w myśl prawa autorskiego twórca ma ostatnie słowo i od niego zależy, czy poprawki przyjmie, czy nie.
Dobrze też pamiętać, że niewielu autorów jest w stanie skontrolować jakość redakcji i korekty. W tekście Marcina Zwierzchowskiego, do którego link znajdziecie na samym końcu, możecie przeczytać nieco więcej o przypadku książki, która (według wydawcy vanity) przeszła trzykrotną korektę, a błędów ortograficznych było w niej więcej niż w przeciętnym wypracowaniu ucznia podstawówki. I mowa tu o błędach, które w znacznej mierze można by wyeliminować za sprawą starego, poczciwego wordowego F7. Innymi słowy: między bajki włóżcie zapewnienia o profesjonalnej redakcji i korekcie. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w tradycyjnych wydawnictwach też bywa z tym różnie, ale szansa na porządne opracowanie tekstu jest zdecydowanie większa.
W przypadku okładki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo tak naprawdę to jedno z najcięższych dział w marketingowej artylerii (niektórzy twierdzą, że dobra okładka to już połowa sukcesu – i coś w tym jest). Okładka ma przede wszystkim sprzedać książkę i możecie śmiało założyć, że będą nad nią pracować osoby ze znacznie większym doświadczeniem. W tradycyjnym modelu wydawniczym jest zatem bardzo duża szansa, że wydawca przyjmie wasze sugestie, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośredni wpływ na jej wygląd. W vanity wygląda to oczywiście inaczej – jak wspominałem wcześniej, wydawca zdążył już zarobić, więc sprzedaż danego tytułu nie jest jego „być albo nie być”. Ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować nawet najgorszy bohomaz, który zaproponuje autor.
A co z moją własnością?
Wydawnictwa vanity często straszą autora, że wydawca tradycyjny zabierze mu prawa do książki. Brzmi przerażająco – jednym podpisem stracić efekt wielomiesięcznej, a niekiedy kilkuletniej pracy? Pokrótce wyjaśnię dwie kwestie.
Prawa do dzieła (tekstu) to prawa autorskie, dzielące się na osobiste i majątkowe. Te pierwsze w myśl polskiego prawa są niezbywalne, więc gdyby ktoś ukradł nasz tekst i podpisał go swoim imieniem i nazwiskiem, złamałby prawo. Warto o tym pamiętać przy wysyłaniu tekstu do wydawców – wydanie go bez waszej zgody i pod cudzym nazwiskiem oznaczałoby dla wydawcy bardzo poważne problemy, a wy mielibyście odszkodowanie w kieszeni.
Przy podpisywaniu umowy wydawniczej należy przenieść prawa majątkowe na wydawcę lub udzielić mu licencji – bez tego niemożliwe jest dystrybuowanie książki. Standardowy okres takiego przeniesienia to pięć lat, ale wszystko zależy od zapisów w umowie (może być krótszy lub dłuższy). Dobrze mieć też na uwadze, że jeśli wydawnictwo vanity „wspaniałomyślnie” proponuje wam zawarcie umowy o licencję niewyłączną, to tak naprawdę nic na tym nie zyskacie. Powód jest bardzo prosty: żaden wydawca nie zdecyduje się na wydanie książki, do której prawa posiada inna oficyna. Nie ma to po prostu żadnego sensu, szczególnie ekonomicznego. Wyobrażacie sobie kupno samochodu, który musicie dzielić z zupełnie obcym człowiekiem?
Potem będzie z górki
Podobno wydanie pierwszej książki jest najtrudniejsze – to ona przeciera nam szlaki i pomaga wyrobić sobie nazwisko, które w przyszłości może być silną kartą przetargową przy poszukiwaniu wydawcy. W praktyce wielu debiutantów mówi wprost, że najtrudniejsza jest druga książka. Wielu autorów, którzy raz pojawili się na rynku wydawniczym, nigdy na niego nie wraca. Jest jednak jeden mały problem…
Wydanie książki w vanity przykleja wam łatkę grafomana, niezależnie od jakości waszych tekstów. To siła stereotypów – czytelnicy, widząc znajome logo wydawnictwa vanity, od razu zaczynają myśleć o autorze w kategoriach: „Na pewno nie chciał go żaden porządny wydawca, więc musiał zapłacić”. Oczywiście są liczne wyjątki (jak cytowany znacznie wyżej Radosław), ale to nadal tylko wyjątki. Jest nawet pewna autorka, która wydała książkę w trybie vanity na początku tysiąclecia (czyli niemal pokolenie temu!). Powieść była tak słaba, że nawet dziś wypomina się jej ten „debiut”.
Dobrze mieć na uwadze, że publikacja w trybie vanity może zmniejszyć wasze szanse na znalezienie wydawcy w przyszłości. Oczywiście jeśli napiszecie tekst dobry (czy nawet świetny), to wydawca nie będzie patrzył na waszą dotychczasową bibliografię, bo i po co? Biorąc pod uwagę niewielki zasięg vanity, powieść wydana w tym trybie pewnie nawet nie zostanie zauważona bez pomocy wyszukiwarki. Propozycje wydawnicze są jednak oceniane przez ludzi, a ci mogą negatywnie odebrać fakt debiutu w vanity i na tej podstawie odrzucić waszą propozycję.
Przecież szybko odpisali i byli mili
Wysłałeś tekst i teraz z niecierpliwością oczekujesz odpowiedzi – zna to każdy, kto kiedykolwiek szukał wydawcy dla swojego dzieła. Na początek trochę informacji na temat rynku.
Branża wydawnicza w Polsce nie jest ani intratna, ani rozbudowana, więc wydawców wcale nie ma zbyt wielu. Na dodatek zdecydowana większość specjalizuje się w konkretnych gatunkach. Dlatego wysyłanie książki kucharskiej do oficyny zajmującej się wydawaniem kryminałów nie jest najlepszym pomysłem. Nawet jeśli otrzymalibyście pozytywną odpowiedź, pamiętajcie, że wydawca nie ma ani doświadczenia w wydawaniu książek kucharskich, ani kanałów ich promocji. I tu wracamy do sedna: piszących jest więcej (zdecydowanie więcej!) niż wydawców, w efekcie czego ci ostatni są zarzucani propozycjami. Do wydawnictwa, dla którego pracowałem, przychodziło ich nawet 50 dziennie. Nawet przy bardzo ambitnych planach wnikliwego zapoznania się z każdą z nich ich ocena musi zająć jakiś czas – najczęściej kilka miesięcy, bo pracownicy wydawnictwa mają też masę innych obowiązków.
Firmy vanity często odpowiadają w jakieś trzy dni, rekordziści – po kilku godzinach. Nie miejcie nawet cienia nadziei, że ktokolwiek zapoznał się z waszym tekstem poza rzuceniem okiem na kilka linijek. Pozytywna odpowiedź na pewno będzie okraszona wspaniałymi epitetami, które mają połechtać wasze ego (a nuż zostaliście odrzuceni przez innego wydawcę i właśnie teraz poczujecie się docenieni?). Oczywiście tekst jest genialny, chcemy go w naszej ofercie, już przygotowujemy dla pana/pani kosztorys i wspaniałomyślnie zgadzamy się na pokrycie połowy kosztów (ta, jasne).
A guzik. Jeśli uwierzycie w te słowa, możecie wyrządzić sobie bardzo dużą krzywdę. Przez cały zaskakująco krótki proces wydawniczy nie będziecie tego świadomi – marzenie się spełniło, już lada dzień do waszego domu dotrą egzemplarze jeszcze pachnące farbą drukarską.
Nadchodzi jednak czas zderzenia z brutalną rzeczywistością, gdy wasza książka trafi w ręce osoby znającej się na literaturze lub po prostu branżowca. Jeśli tekst nie był zły, taki osobnik pewnie pomarudzi nad wyborem wydawcy, ale pochwali samo dzieło. Znacznie bardziej prawdopodobne jest jednak, że zostaniecie zrównani z ziemią. Wbrew pozorom autorowi bardzo trudno spojrzeć trzeźwo na swój tekst i zauważyć jego niedoskonałości. Jeśli dodatkowo uwierzycie w fałszywe zapewnienia firmy, zetknięcie się z konstruktywną krytyką może boleśnie zakończyć bujanie w obłokach. Wściekniecie się wtedy albo na krytyka, albo na siebie. Żadna z tych opcji nie jest szczególnie interesująca.
A co z tym oferowanym ISBN-em?
Wiele firm vanity sugeruje, że ISBN jest dostępny głównie dla wybranych, a jego uzyskanie przypomina odnalezienie formuły na kamień filozoficzny. Rzeczywistość okazuje się jednak mniej skomplikowana.
Pozyskanie puli numerów ISBN to jakieś trzy minuty pracy, przy założeniu, że dopiero rejestrujemy się w serwisie e-isbn.pl. Pula liczy minimum dziesięć, maksymalnie tysiąc numerów. Oczywiście pojedynczy autor zdecydowanie nie potrzebuje tysiąca i nie ma co liczyć na przyznanie tak dużej puli. Nie trzeba nawet mieć zarejestrowanej działalności gospodarczej – przy zakładaniu konta możemy podać swój numer PESEL i pozostałe wymagane dane. Jedyną drobną niedogodnością może być to, że pobrany wniosek musimy wydrukować, podpisać i wgrać jego skan do serwisu. Dlatego nie wierzcie, że wydawca vanity robi wam niesamowitą przysługę, pozyskując numer ISBN – po prostu pobiera kolejny z przyznanej puli. I nie zapłacił za to złamanego grosza.
A skoro o ISBN mowa… Niekiedy firmy vanity jako zaletę wydania u nich książki wskazują także przesłanie egzemplarzy do Biblioteki Narodowej i kilkunastu innych bibliotek w całej Polsce (ich lista jest dostępna na stronie BN). Oznacza to oczywiście zapisanie się na kartach literackiej historii. Zapominają jednak wspomnieć, że to obowiązek narzucony wszystkim wydawcom przez ustawodawcę (ustawa z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych).
Przecież innym się udało!
Inny częsty argument to powoływanie się na kilku (bardzo nielicznych) autorów, którzy zdobyli sławę właśnie po publikacji w systemie vanity – nie wymienię tu tytułów ani nazwisk, by nie robić nikomu kryptoreklamy. Jeśli wydawca zechce w ten sposób zachęcić was do zostawienia u niego pieniędzy, spróbujcie szybko policzyć wspomnianych autorów, a potem zapoznajcie się z jego aktualną ofertą. Będzie ona liczyć przynajmniej kilkanaście tytułów, a w przypadku większych firm vanity ta liczba pójdzie w setki. Wybierzcie losowo kilka, kilkanaście nazwisk i odpowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy kiedykolwiek słyszeliście o tych ludziach?
Nawet jeśli odpowiedzieliście twierdząco, wybierzcie kilka kolejnych nazwisk z listy i poszukajcie informacji o tych autorach w sieci. Czy wydanie książki w vanity stało się początkiem ich kariery? Czy wydali kolejne powieści? Oczywiście istnieje szansa, że tak było, ale… jak duża to szansa? Nie łudźmy się, że tradycyjni wydawcy z każdego debiutanta stworzą poczytnego pisarza, bo zaskakująco wielu kończy karierę właśnie po wydaniu pierwszego dzieła. Wciąż jednak szansa na zaistnienie w świadomości czytelników jest zdecydowanie większa.
Autorzy publikujący w vanity często z irytacją donoszą, że po uwzględnieniu zakupów znajomych i rodziny sprzedaż zamykała się w mniej niż… 50 egzemplarzach (przy odrobinie szczęścia zbliżała się do 100). Zwróćcie też uwagę, że oficyny vanity nie specjalizują się w konkretnych gatunkach. Wydają naprawdę wszystko i bardzo dużo – bo na tym zarabiają, nie ponosząc przy tym żadnego ryzyka finansowego. W zwykłym wydawnictwie selekcja jest niezbędna, by wybrać teksty najlepiej rokujące finansowo.
Przy wyborze drogi wydawniczej warto zastanowić się, komu bardziej będzie zależało na skutecznym wypromowaniu dopracowanego produktu. Wydawcy, który poniósł koszty związane z procesem wydawniczym (przy rynkowym nakładzie i normalnej wycenie usług to dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czy firmie, która pokryje wszystkie wydatki z waszej wpłaty i zainkasuje jeszcze niemałą część tej kwoty wyłącznie za pośredniczenie? Odpowiedź jest oczywiście prosta.
A stąd już krótka droga do stwierdzenia, że rynek wydawniczy to jedno wielkie oszustwo.
Osoby zainteresowane tematem mogą znaleźć charakterystykę konkretnych przypadków w artykule Marcina Zwierzchowskiego.
Fantazmaty · poradniki dla piszącychWszystkie poradniki →