Trudno być Bo… redaktorem, czyli praca redaktora #1

Autor

Dawid Wiktorski

redaktor prowadzący

Rocznik '94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą.

Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu.

Przez ponad rok manager wydawnictwa, odpowiedzialny także za promocję wydawanych książek, obecnie wolny strzelec pracujący jako redaktor. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu Fantazmaty. Czasami próbuje pisać własne opowiadania, ale notoryczny brak czasu skutecznie mu to uniemożliwia.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Jakiś czas temu, przy okazji ogłaszania wyników I etapu drugiego konkursu, obiecaliśmy, że podzielimy się z wami przykładowymi redakcjami. Publikujemy zatem pierwsze opracowanie, w którym chcemy wam pokazać, na jakie rzeczy zwraca uwagę redaktor oraz jaka może być jego rola przy pracy nad ostatecznym kształtem tekstu.
Zredagowany tekst pochodzi z konkursu Umieranie to parszywa robota i został odrzucony w pierwszym etapie. Oczywiście uzgodniliśmy z autorem publiczne przedstawienie efektów pracy na jego dziele, ale poprosił on o anonimowość i usunięcie tytułu z pliku.
Sam wybór tekstu nie jest przypadkowy, bo to bardzo (nie)wdzięczny przypadek dobrego pomysłu, który został wykorzystany przeciętnie (i śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że raczej niespecjalnie dotknął motywu przewodniego konkursu).
Najważniejsza informacja dla wszystkich osób, które zechcą zapoznać się z opowiadaniem – wszystkie uwagi pochodzą od redaktora i nie trzeba się z nimi zgadzać. Oczywiście tytuł wpisu nawiązuje do powieści braci Strugackich. :)
Informujemy też, że tekst został poddany wyłącznie redakcji, nie ma w nim innych poprawek – zależało nam na ukazaniu wyłącznie tego etapu pracy. Jeszcze ważniejsza informacja: to pierwsza redakcja i w tym momencie skupia się ona na tym, co trzeba w tekście zmodyfikować, poprawki stylistyczne, językowe czy inne tego typu nie mają sensu, póki tekst nie zostanie wyczyszczony (bo duża część takich poprawek zostałaby usunięta przez autora).

Plik z uwagami
pdf
Uwagi do tekstu

Dużo uwag znajduje się w tekście, ale najważniejsze umieściliśmy poniżej, bo to opowiadanie, które autor powinien właściwie napisać na nowo, rozwijając ledwie zarysowane pomysły. I znów: absolutnie nie trzeba się zgadzać z propozycjami redaktora.
Przede wszystkim największym problemem, z jakim musiał zmierzyć się autor, jest długość opowiadania – limitem było 30 000 znaków, tekst w oryginalnej formie liczy sobie niewiele ponad połowę tego. Zawarcie w takiej objętości satysfakcjonującej opowieści jest zadaniem co najmniej trudnym, ale nie niewykonalnym (oczywiście trudno nie zarzucić autorowi, że nie wykorzystał blisko połowy dostępnego limitu).
Najpoważniejszą wadą tekstu okazał się tak naprawdę brak większego pomysłu na całą opowieść. Otrzymaliśmy właściwie jedną scenę, w trakcie której dzieje się wiele i zarazem… nic konkretnego, bo trudno doszukiwać się jakiegoś głębszego znaczenia w walce z ghulami. Co gorsza, cała krótka i dynamiczna historia sprowadza się do zaprezentowania bardzo interesującego motywu w realiach postapo, które też zostały potraktowany raczej po macoszemu.
Autor wykreował postapokaliptyczny świat, o którym nie wiemy zbyt wiele, ale to akurat zaleta, nie wada. Ot, tajemnicza zaraza, która ożywiła trupy, zniszczone, opustoszałe miasta, tak naprawdę nie znamy przyczyn obecnego stanu rzeczy, nie mamy pojęcia, czy był to wirus, czy bomby atomowe, czy coś jeszcze gorszego. Otrzymujemy pewne podwaliny (gildia, najemnicy i artefakty, czyli pozostałości pradawnej technologii), które jednak powinny odgrywać w całej opowieści bardziej konkretną rolę (bo w wersji obecnej to tak naprawdę elementy tła, niezbędne, by usprawiedliwić samobójczą wyprawę głównego bohatera).
Najważniejszym motywem tekstu z pewnością pozostaje rola przedwojennej technologii w społeczeństwie, które powstało już po apokalipsie, co najlepiej oddaje modlitwa Rexxa tuż przed zniszczeniem przeciwników (i samego Rexxa). W pierwotnej wersji opowiadania metaforycznego boga poznawaliśmy już w pierwszym akapicie, choć oczywiście nie znaliśmy jeszcze jego późniejszej roli – ale łatwo można było się tego domyślić, szczególnie po oryginalnym tytule opowiadania, że na pewno nie zostanie on sprowadzony do roli biernego obserwatora.
Tak naprawdę to ten jeden motyw zdecydował, że wybraliśmy własnie ten tekst, bo chociaż pomysł w konwencji postapo nie jest nowy, to z pewnością zasługiwał na uwagę w połączeniu z kontekstem religijnym. Opowiadanie powinnno zostać gruntownie przebudowane przede wszystkim pod kątem światotwórstwa – autor musi zaprezentować zdecydowanie więcej niż tylko krótką wspominkę o pozostałych najemnikach i gildii. Zostaje mu przekazany „artefakt”, o którego działaniu ma jako-takie pojęcie (co zostało zaznaczone w uwagach w pliku), ale nie kryje się za tym żadna historia ani nawet uzasadnienie. Co można zrobić?
Przede wszystkim naprawdę nakreślić „boską” rolę dawnego satelity wojskowego. Motyw czczenia obiektów z przeszłości jest często wykorzystywany (na przykład w ostatnim filmowym Mad Maxie mieliśmy doskonały tego przykład), i właśnie tego elementu tutaj zabrakło. Stworzenia jakiejś religii, której wyznawcy czczą nieznane czytelnikowi bóstwo, pozostałości dawnego świata. Oczywiście w tym scenariuszu artefakt powinien raczej zostać znaleziony przez Rexxa niż otrzymany w formie zaliczki, bo możemy zakładać, że nikt nie oddałby tak potężnego przedmiotu.
Sama kreacja postapokaliptycznego bóstwa nie jest trudna – jeśli założyć, że zagłada miała miejsce w tak zamierzchłej przeszłości, że nikt nie pamięta już dawnego świata, łatwo o zatarcie przekazów, które z dobrze znanych nam satelit stworzą „metalowe potwory z kosmosu” lub coś podobnego. W świecie, gdzie każdy dzień to walka o przeżycie, raczej nikt nie będzie zastanawiał się nad racjonalnościa podobnych bytów.
W takim scenariuszu można by się nawet pokusić o pozostawienie obecnej sceny walki (oczywiście z modyfikacjami, które ją uprawdopodobnią), motywując taką samobójczą szarżę wiarą głównego bohatera w fakt, że posiada łączność z bóstwem, które w czarnej godzinie przyjdzie mu z pomocą. Jeśli zestawić efekt przywołania w czarnej godzinie z wcześniejszą wiarą w istotę z nieba, która obroni wyznawcę, to otrzymalibyśmy całkiem niezły finalny efekt – pomoc nadchodzi, ale niekoniecznie w takiej formie, jakiej spodziewał się główny bohater, a czytelnik nagle dowiaduje się, że tajemnicza istota) to najzwyklejszy w świecie satelita, który krąży po orbicie, zapomniany od dziesiątek lat. No bo i kto miałby o nim pamiętać w postapokaliptycznym świecie?

Ekonomia językowa

Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. / Entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem.

Autorzy:

Izabela Ryżek

Izabela Ryżek

Redaktor, sekretarz konkursów

Studiowałam archeologię, ale nasze drogi w końcu się rozeszły. Bloguję, gram, czytam, oglądam. Prawdopodobnie nie starczy mi życia na nadrobienie papierowo-ekranowych zaległości. Kocham fantastykę, kryminały, thrillery. Gdybym mogła być postacią z gry, byłabym Bulbasaurem.

Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący, redaktor, webmaster

Rocznik '94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą.

Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu.

Przez ponad rok manager wydawnictwa, odpowiedzialny także za promocję wydawanych książek, obecnie wolny strzelec pracujący jako redaktor. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze Fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu FantazmatyCzasami próbuje pisać własne opowiadania, ale notoryczny brak czasu skutecznie mu to uniemożliwia.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Chociaż brzytwa Ockhama nie jest tworem nowym (bo liczy sobie kilkaset lat), to jej początków możemy dopatrywać się już w starożytności (założenia zasady ekonomii myślenia Platona czy Arystotelesa), w filozofii średniowiecznej (Bonawentura, Jan Duns Szkot), aż w końcu William Ockham zradykalizował te poglądy i uczynił je istotnym elementem swojej filozofii. Co ciekawe, samo sformułowanie „brzytwa Ockhama” pojawiło się dopiero kilkaset lat po śmierci filozofa (w 1347 roku). Sformułowanie zostało ukute przez Liberta Froidmonta (naukowca i teologa). Słowo „brzytwa” wzięło się najprawdopodobniej stąd, że Ockham posługiwał się tym założeniem równie precyzyjnie i często niczym brzytwą. Zasada ta miała być narzędziem krytyki nadmiernie rozbudowanych, spekulatywnych systemów nauczania i ogólnego uprawiania nauki na średniowiecznych uniwersytetach. Obecnie sprawdza się zarówno w naukach ścisłych, jak i humanistycznych.

Brzmi to z pewnością mądrze, jak jednak ma się do tego, czym zajmuje się na co dzień, czyli pisaniem i pracą nad tekstem?

Nie bez powodu brzytwa Ockhama to inaczej zasada ekonomii lub ekonomii myślenia, czyli dążenia do prostoty – mówiąc inaczej: nie należy niepotrzebnie komplikować sobie życia, jeśli nie jest to absolutnie koniecznie (a w 99,99% wypadków nie jest). Jeszcze inne słowo, którego można użyć, to parsymonia: najprostszy przebieg wydarzeń jest tym najbardziej prawdopodobnym.

Brzytwa Ockhama

Na samym początku oczywiście należy zaznaczyć jedną rzecz: poniższe uwagi i analizy są całkowicie subiektywne i nie trzeba się z nimi zgadzać, z pewnością warto jednak zwrócić uwagę na pewien trend w poprawkach. Posłużymy się przykładami dosłownie z życia wziętymi (czyli takimi, z którymi mieliśmy do czynienia). Ważna informacja: prezentowane fragmenty są w wersji „surowej”, mogą więc zawierać różnorakie błędy. Należy też pamiętać, że rozpatrujemy tylko sytuacje, gdy pozornie nieważna informacja nie okaże się kluczowa na przykład rozdział czy stronę dalej (zasada Strzelby Czechowa). Jeśli na przykład kubek na biurku bohatera odegra istotną rolę na drugim końcu powieści, informacja o jego obecności nie jest rzeczą zbędną!

Zaznaczamy też, że część przykładów jest celowo przejaskrawiona.

Pierwszy, dość niepozorny fragment:

Deszcz dudnił o zrobiony z desek dach przybudówki.

Zdanie jest dość krótkie i przekazuje nam informację o marnej pogodzie. Wydawałoby się, że trudno zawrzeć tutaj niepotrzebne informacje, jeśli jednak przyjrzymy się temu zdaniu bliżej, widzimy informację, że dach przybudówki został zrobiony z desek. Czy informacja ta jest kluczowa w tej scenie? Zdecydowanie nie, sam fakt, z czego został zbudowany dach, nie zmienia tutaj zupełnie nic. Dlaczego więc nie skrócić zdania do:

Deszcz dudnił o dach przybudówki.

W ten sposób zachowaliśmy ważną informację i jednocześnie skróciliśmy zdanie o blisko 1/3. Inny, bardziej przejaskrawiony przykład, wygląda następująco:

Gdzieś w rogu słychać było delikatne pulsowanie cieknącej wody.

Tu akurat znajdujemy się na dość grząskim gruncie, bo zmiany mogą dotyczyć raczej stylistyki zdania, jednak, patrząc na resztę tekstu, można śmiało założyć, że autora po prostu poniosła wyobraźnia i tego typu fragmenty nie są istotnym elementem jego dzieła. Spróbujmy więc przebudować zdanie:

Gdzieś z rogu pomieszczenia dobiegał odgłos kapania.

Fragment znowu został skrócony, pozbyliśmy się zupełnie niepotrzebnej poetyckości i przy okazji doprecyzowaliśmy informację, gdzie w tym momencie znajdował się narrator: wewnątrz przybudówki. Kapanie jednoznacznie wskazuje, że dach był nieszczelny, informacja o „pulsowaniu” jest niepotrzebna (bo kapanie przekazuje nam najważniejszą informację, że woda wcale nie lała się ciurkiem).

Teraz zaś pora na bardziej ekstremalny przypadek:

Siostra wspięła się po wygiętych w półkole schodach na piętro, gdzie znajdowały się pokoje dziewcząt. Kilka lampek paliło się w długim korytarzu, niewiele wnosząc w wieczorny półmrok. Gdy zapadnie noc, staną się niezbędne, na razie jednak wyglądały bardziej na ozdoby. Drzwi do pokojów znajdowały się tylko po jednej stronie korytarza, przeciwna ściana była bowiem ścianą budynku, o czym świadczyło kilka wąskich okien, przez które teraz od czasu do czasu wpadał podmuch wiatru niosący strugi deszczu.

Pięć i pół linijki tekstu, które do tekstu wnoszą... w zasadzie to nic. Pierwsze zdanie jest kluczowe, bo narrator przekazuje nam informację, kto i co robi (w tym przypadku siostra idzie do swoich podopiecznych). Drugie zdanie można potraktować dwojako, zarówno usunąć (bo informacja o porze dnia pojawiła się wcześniej), jak i zostawić do zbudowania lepszego nastroju ponurego, deszczowego dnia. Czy jest nam potrzebna informacja o tym, że lampki będą niezbędne, gdy zapadnie mrok (a zastanówmy się nawet, czy autor nie zaprzecza sam sobie, traktując lampki jako ozdobę, chociaż zapadała już wyraźna ciemność)? Podobnie czy trzeba informacji o tym, jak rzeczywiście wyglądała przybudówka, jeśli nie jest to informacja istotna w całej scenie, a my potrzebujemy realnie informacji tylko o tym, gdzie znajdowała się siostra? Zdecydowanie nie, spróbujmy zatem skrócić fragment:

Siostra wspięła się po schodach na piętro, gdzie znajdowały się pokoje dziewcząt. Kilka lampek paliło się w długim korytarzu, wnosząc niewiele światła w wieczorny półmrok.

Kolejny, krótszy i niepozorny przykład:

Niezgrabnie przykrył je odwróconymi do góry dnem czareczkami...

Wiemy, że czarka (czy też w tym przypadku: „czareczka”) to naczynie. Oczywiście różnią się one kształtem i niektóre mogą mieć półokrągłą podstawkę, tutaj jednak przykrywany element jest na tyle duży, że śmiało możemy założyć, że postawienie naczynia na nim nie pomogłoby w ukryciu konkretnego przedmiotu. Dlaczego więc nie skrócić fragmentu do takiej postaci:

Niezgrabnie przykrył je czareczkami...

Czytelnik bez problemu zwizualizuje sobie całą scenę, a my jednocześnie odchudzimy tekst o kolejne kilkanaście niepotrzebnych znaków.

Bardziej oczywisty przykład niepotrzebnego „bogactwa”:

– Statystycznie rzecz ujmując, to wychodząc na spacer z psem macie po trzy nogi.

Czy pies na spacerze ma dodatkowe nogi, które należałoby uwzględnić przy takich „obliczeniach”? Niespecjalnie, pies na spacerze nie różni się (przynajmniej fizycznie) od psa nie będącego na spacerze, dokonajmy więc odpowiedniej korekty:

– Statystycznie rzecz ujmując, ty i twój pies macie po trzy nogi.

Poniżej zaś znajduje się przykład klasycznego nadmiaru informacji w narracji, w tym przypadku dotyczący postaci, która jest dosłownie elementem tła, a jej rola (i ubiór) nie są iczym nawet mało ważnym w całej opowieści:

– Śpieszy nam się! Idź i powiedz swojemu szefowi, że przyjechał ten, na kogo czeka – zawołał twardym, stanowczym tonem, wwiercając się spojrzeniem w facjatę zakutego w hełm żołdaka. Nawet nie zastanawiał się, dlaczego mężczyzna na skórzany, żółto-purpurowy kaftan założony ma napierśnik ze zbroi płytowej, jako jedyny element mocniejszego pancerza. Zapewne resztę zbroi przepił gdzieś w oberży, a to, co zostało wystawiał na pokaz. Jedyną posiadaną przez niego bronią, która służyła mu również za podpórkę, był stary muszkiet z ostrzem zaczepionym pod lufą.

Strażnik pojawia się na początku opowiadania i jego rolą jest tak naprawdę zaanonsowanie przybyłego. Nie dochodzi do żadnej zażartej wymiany zdań, bójki czy nawet sugestii co do dalszych losów opowieści. Czy jest więc sens tak szczegółowo opisywać jego postać? Nie.

– Śpieszy nam się! Idź i powiedz swojemu szefowi, że przyjechał ten, na kogo czeka – zawołał twardo.

Druga, bardziej rozbudowana wersja, może wyglądać tak:

– Śpieszy nam się! Idź i powiedz swojemu szefowi, że przyjechał ten, na kogo czeka – zawołał twardo. Jedyną bronią strażnika, służącą mu również za podpórkę, był stary muszkiet.

Jeśli autor chciałby zaznaczyć, że sam strażnik był personą raczej miałką i niezbyt niebezpieczną, dobrze zachować informację o muszkiecie (czyli broni absurdalnie niecelnej i niepraktycznej). Oczywiście warto też zwrócić uwagę na ostrze zaczepione pod lufą – to niezbyt szczęśliwe rozwiązanie, jeśli broń służyła za podpórkę. 🙂

Kolejny przykład:

– Spałaś tak długo, że to powinno ci spokojnie wystarczyć na regenerację.

W powyższej wypowiedzi problemem jest nawet nie tyle brak ekonomii, co fakt, że kwestia ta wypada wybitnie nienaturalnie (zastanówcie się, czy w codziennym życiu zwrócicie się do kogoś w stylu „Czy możesz przygotować mi ten aromatyczny napój z palonych i mielonych ziaren kawowca?” czy może raczej będzie to coś w stylu „Zrobisz mi kawę?”). Naprawić ten problem można bardzo szybko:

– Spałaś wystarczająco długo.

Wypowiedź bohatera jednocześnie stała się bardziej naturalna (przekazywana informacja jest krótka i zwięzła, a czytelnikowi nie trzeba podsuwać dosłownie wszystkiego pod nos), a sam dialog skrócony.

Inny przykład niepotrzebnych informacji?

– W mieście doszło do zdrady – powiedział rano po nabożeństwie. Miał na sobie prostą, zakonną szatę w kolorze brązowym.

Czy powyżej informacja o kolorze szaty (czy w ogóle o fakcie, że miał na sobie szatę zakonną) jest potrzebna? Zdecydowanie nie.

– W mieście doszło do zdrady – powiedział rano po nabożeństwie.

Zastosowanie ekonomii językowej, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwe, szczególnie przy tworzeniu własnego tekstu. Przede wszystkim najważniejszym problemem jest fakt, że wszystko zależy zarówno od kontekstu, jak i stylu, w jakim chcemy przekazać konkretne informacje (zaznaczamy jednak, że silenie się na niepotrzebną poetyckość w 99,99% przypadków da efekt odwrotny od zamierzonego). Przede wszystkim, raczej nie warto zajmować się tym przy samym pisaniu – surową wersję tekstu należy potraktować raczej jak diament, który dopiero oszlifujemy do formy brylantu. Wtedy warto przyjrzeć się po kolei każdej linijce tekstu i pomyśleć, czy informacje, które chcemy przekazać czytelnikowi, są w ogóle potrzebne lub czy nie da się uczynić tego w prostszej, bardziej przejrzystej formie. Pozwoli to nie tylko na skrócenie tekstu (w bardziej ekstremalnych przypadkach nawet o kilkanaście procent), ale głównie na skondensowanie narracji i sprawienie, że czytelnik nie będzie musiał przy lekturze zwracać uwagi na niepotrzebne rzeczy, które nie służą niczemu poza rozepchaniem tekstu.

Jak zapisywać dialogi?

Zapisywanie dialogów w praktyce

Rozbudowany i praktyczny poradnik

Autorzy:

Karolina Grzeszczak

Karolina Grzeszczak

Redakcja

Urodzona w 1995 r. w Lublinie. Początkowo wiazała swoją karierę ze sztuką, co zaprowadziło ją do Liceum Plastycznego im. Józefa Chełmońskiego w Nałęczowie, które ukończyła w 2015 r. na profilu Zabawkarstwo. Życie przekonało ją jednak do zmiany zdania i stwierdzenia, że grafika powinna zostać bardziej jej hobby niż sposobem zarabiania na życie, co wyszło z korzyścią dla obu stron. Obecnie studiuje e-edytorstwo i techniki redakcyjne na profilu Wydawnictwo na UMCS-ie w Lublinie, a w przyszłości ma plan pracować przy książkach i ich tworzeniu.

Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący

Rocznik '94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą.

Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu.

Przez ponad rok manager wydawnictwa, odpowiedzialny także za promocję wydawanych książek, obecnie wolny strzelec pracujący jako redaktor. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze Fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu FantazmatyCzasami próbuje pisać własne opowiadania, ale notoryczny brak czasu skutecznie mu to uniemożliwia.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Chociaż wydaje się to oczywiste, to jednak wiele osób, szczególnie tych zaczynających swoją przygodę z pisaniem, ma z dialogami problem. Sprawdzenie poprawnego sposobu ich zapisu nie powinno nastręczać dużych trudności,  jednak zbyt często okazuje się to zdecydowanie ponad siły części piszących. :) Poniżej przedstawiamy vademecum. Mamy nadzieję, że po lekturze tego wpisu dialogi przestaną być dla wielu czarną magią.

Oznaczanie dialogów:

Przede wszystkim należy pamiętać o jednym: anglosaski system oznaczania dialogów nie ma żadnego przełożenia na ten stosowany w Polsce, w ogóle nie wzorujcie się na angielskich tekstach, nie stosujcie także polskiego zapisu dialogów, jeśli piszecie po angielsku.

Zacznijmy od tego, że każda nowa wypowiedź (jeśli poprzedzał ją opis) zawsze będzie traktowana jak nowy akapit, oczywiście z użyciem wcięcia akapitowego. Od narracji odróżnia ją jednak półpauza (–), która oznacza, że do czynienia mamy właśnie z wypowiedzią. Warto pamiętać, że można spotkać się jeszcze z pauzą (—), jednak jest ona stosowana już dość rzadko i często przez edytorów starszej daty. Bardzo często nadużywany jest jednak dywiz (-), który w beletrystyce realnie pełni dwie funkcje: łącznika i znaku przeniesienia wyrazu do kolejnego wersu. Absolutnie nie używamy go do zapisywania dialogów!

Dla przykładu:

1) – Poczekaj, rzucę okiem… – Podniósł do ramienia karabin i spojrzał przez lunetę na wiszącą nad basenem tarczę.

2) – Nie ma mowy! – W jej głosie znów pobrzmiewały paniczne nuty. – Żydzi są odpowiedzialni za tę połowę spisków na świecie, której nie kontrolują masoni!

Jak widać, wypowiedź oznaczamy półpauzą, po której widnieje spacja (o czym zaskakująco często się zapomina) i dopiero wtedy umiejscawiamy właściwe słowa. Przykład z pauzą wygląda analogicznie:

3) — Poczekaj, rzucę okiem… — Podniósł do ramienia karabin i spojrzał przez lunetę na wiszącą nad basenem tarczę.

Istnieje jeszcze możliwość połączenia obu znaków edytorskich:

4) — Poczekaj, rzucę okiem… – Podniósł do ramienia karabin i spojrzał przez lunetę na wiszącą nad basenem tarczę.

W tym scenariuszu pauza rozpoczyna wypowiedź, półpauza zaś oddziela ją od didaskaliów. Takie połączenie jest jednak spotykane jeszcze rzadziej, nie jest jednak błędem (ale błędem będzie już używanie zamiennie pauzy i półpauzy).

Warto zwrócić uwagę na jedną pułapkę związaną z użyciem myślników w dialogach. Wygląda to mniej więcej tak:

5) – I nic. – Young wzruszył ramionami – ledwie opanował uśmiech satysfakcji – po czym…

6) – A ja powiedziałem – z moją wrodzoną elegancją i kurtuazją – że może mnie pocałować tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę – powiedział i odpalił cygaro.

W przykładzie mamy wtrącenie w didaskaliach, w zaś bezpośrednio w wypowiedzi bohatera. W obu przypadkach powoduje to nieczytelność tekstu – bardzo prawdopodobnym jest, że czytelnik będzie musiał wracać do przeczytanego właśnie fragmentu, by zrozumieć, co było wypowiedzią, a co towarzyszącymi jej didaskaliami.

Nie ma natomiast przeszkód, by myślników używać normalnie w akapitach, które wypowiedziami nie są – jednak warto pamiętać, że ich nadmiar też nie jest pomocny i jeśli nie musimy ich stosować, to lepiej sięgnąć po stare dobre przecinki, czyli:

7) – I nic. – Young wzruszył ramionami, ledwie opanował uśmiech satysfakcji, po czym…

8) – A ja powiedziałem, z moją wrodzoną elegancją i kurtuazją, że może mnie pocałować tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę – powiedział i odpalił cygaro.

Didaskalia:

Więcej trudności nastręcza jednak sposób zapisywania didaskaliów – nie oszukujmy się, tutaj trzeba trochę praktyki, bo przy bogactwie języka polskiego „wyłapanie” odpowiednich czasowników zajmie chwilę, a to właśnie one są kluczowe. Jak konkretnie będzie to wyglądać?

9) – Książkę ode mnie podarłeś? Prezent?! Ode mnie?! – Starzec aż wzdrygnął się z obrzydzenia.

10) – I nic. – Young wzruszył ramionami.

Powyższy przykład dotyczy didaskaliów, które nie odnoszą się do „sposobu mówienia”. Jak widać, opisują tu fizyczną reakcję bohatera na to, co zobaczył. W tym przypadku didaskalia zawsze rozpoczynamy wielką literą i od podmiotu, również domyślnego, po którym dopiero występuje czasownik. Oczywiście wypowiedź bohatera kończy się kropką, jeśli nie ma po niej innego znaku interpunkcyjnego (jak w przypadku 10).

Szybkie wyjaśnienie istoty podmiotu domyślnego: na jego zastosowanie pozwalają w języku polskim końcówki fleksyjne, przykładowo: „Wystrzeliła z pistoletu”. Wiemy, że musiała być to ona, skoro czasownik kończy się końcówką -a i tym samym zdanie „Ona wystrzeliła z pistoletu” – choć technicznie wciąż poprawne – jest już nieekonomiczne językowo. Jeśli zaimek osobowy nie spełnia innej niż domyślnej funkcji i jednocześnie nie jest niezbędny, to dobrą praktyką będzie jego usunięcie.

Co w sytuacji, gdy didaskalia wyglądają inaczej, na przykład tak:

11) – Książkę ode mnie podarłeś? Prezent?! Ode mnie?! – wrzasnął starzec, wzdrygając się z obrzydzenia.

Tutaj widać, że didaskalia określają już „sposób mówienia”, w tym wypadku wrzask (lista odpowiednich czasowników jest jednak zdecydowanie dłuższa, bo może to być krzyknął, zawołał, powiedział, wydarł się, mruknął, szepnął, ale także wyliczał, szantażował, kusił czy marudził – ale już na przykład westchnięcie nie zawsze jest uznawane za czasownik, który odnosi się do "sposobu mówienia", podobnie jak wszystkie czasowniki oznaczające śmiech (rechotał, zarechotał, zaśmiał się). Oczywiście wyżej wymienione czasowniki to zaledwie niewielka część wszystkich, które oznaczają sposób mówienia). W tym wypadku nie stosujemy kropki kończącej wypowiedź (pozostałe znaki interpunkcyjne w tej sytuacji nie pełnią takiej funkcji), a didaskalia rozpoczynamy od czasownika, po którym pojawia się podmiot. I, jak można się domyślić, czasownik zapisujemy małą literą:

12) – Książkę ode mnie podarłeś? Prezent?! Ode mnie?! – Starzec wrzasnął, wzdrygając się z obrzydzenia.

Tu już mamy do czynienia z wersją niepoprawną, bo didaskalia odnoszą się do sposobu mówienia, musimy więc zastosować konstrukcję czasownik + podmiot oraz małą literę.

Nie może być za łatwo, bo jeden czasownik może pełnić dwie różne funkcje:

13) – Zbliżają się. – Zauważył, że w oddali zalśniły hełmy rycerzy. – Jest ich około dwóch tysięcy.

14) – Mamy kłopoty – zauważył Brian. – Nie mamy wystarczająco wielu ludzi.

Oba powyższe przykłady są poprawne. W 13 bohater zauważył wizualnie, ale już w 14 zwrócił uwagę „słownie”. Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana, bo także czasowniki nie oznaczające jednoznacznie mówienia mogą pełnić drugą rolę w narracji, w tym wspomniane wcześniej westchnął, zarechotał, zaśmiał się czy jakakolwiek inna czynność, która wyklucza jednoczesne wykonywanie i mówienie, na przykład:

15) – Gdybym tak miał kilka zer na koncie więcej – westchnął.

16) – To niezwykle zabawne – zarechotał.

W przykład 15 oraz 16 widać zapis, który w teorii jest nieprawidłowy, ale w praktyce... zależy od tego, co chciał przekazać autor. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z wypowiedzią, która może być jednym długim westchnięciem (najlepiej odnieść to do życia codziennego: przecież wzdychanie niekoniecznie musi wiązać się z wydawaniem z siebie przeciągłych westchnięć, można też "mówić wzdychająco". Tego typu zapisy potraktujmy więc jako "komentarz" do wymawianej kwestii, gdybyśmy zastosowali tutaj na przykład zapis z przykładu 13, to dość jasno dalibyśmy do zrozumienia, że najpierw padła wypowiedź, a dopiero potem jej autor zarechotał lub westchnął. To, wbrew pozorom, duża różnica, na którą warto zwrócić uwagę, jeśli zależy nam na oddaniu konkretnych emocji i przekazaniu czytelnikowi pewnych informacji.

Trochę trudniej ma się sprawa z innym rodzajem didaskaliów, czyli przykładami tego typu:

16) – Zamknij się i wsiadaj! – jego głos na pewno nie brzmiał przyjaźnie.

17) – To niemożliwe – chociaż starał się mówić pewnie, wciąż nie był pewny swoich racji.

I tutaj mamy pewien problem: językoznawcy z poradni językowej PWN jednoznacznie wskazują, że takie komentarze do wypowiadanej kwestii powinniśmy zapisywać jak każde inne didaskalia, które nie odnoszą się bezpośrednio do sposobu mówienia (bo nie mamy tu czasownika takiego jak np. powiedział czy krzyknął), z drugiej jednak strony wielu innych językoznawców i redaktorów kwestionuje tę poradę. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by zapisać to w ten sposób:

18) – Zamknij się i wsiadaj! – Jego głos na pewno nie brzmiał przyjaźnie.

19) – To niemożliwe. – Chociaż starał się mówić pewnie, wciąż nie był pewny swoich racji.

W praktyce jednak nie uznałbym za błąd, gdyby w tekście pojawił się zapis 18 19, a prawdopodobnie nawet byłbym bardziej przychylny wcześniejszej wersji, choć, gdyby trzymać się bardzo ściśle wytycznych, to trzeba by uznać ten zapis za niepoprawny. Za rozwiązaniem 1819 przemawia fakt, że trudno uznać takie zapiski w didaskaliach za odrębną czynność, która ma miejsce już po wypowiedzi. Podobnie zresztą sprawa ma się z bardzo kłopotliwym usłyszał:

20) – Zamknij się i wsiadaj! – usłyszał nieprzyjazne warknięcie.

Tu znów mamy problem, bo według wytycznych ponownie nie powinniśmy zapisywać tych didaskaliów małą literą, bo w żaden sposób nie oznaczają one "mówienia". Jednak problem z takimi didaskaliami jest inny: jedną z zasad zapisu jest to, że wszystkie fragmenty narracji odnoszące się do innej osoby niż autor wypowiadanej kwestii, powinny być zapisane oddzielnie, przykład poniżej. Jeśli kwestię wypowiada X, a słyszy ją Y, to w teorii w ogóle nie powinniśmy móc zapisać didaskaliów dla "usłyszenia" tuż obok wypowiadanej kwestii, w praktyce jednak estetyka innego rozwiązania byłaby bardzo wątpliwa.

Należy pamiętać, że błędem będzie zapisanie poniższego dialogu w jednej linii!

21) – Zamknij się i wsiadaj! – warknął Adam.

Michał odwrócił się, by spojrzeć napastnikowi w oczy.

– Mówiłem: wsiadaj! – Adam uniósł pięść.

Co zrobić w sytuacji, gdy chcemy zaznaczyć, że jakaś czynność miała miejsce w trakcie wypowiedzi lub ją przerwała? Wystarczy wrzucić didaskalia w środek:

22) – Poczekaj – podniósł do ramienia karabin i przez lunetę spojrzał na wiszącą nad basenem tarczę – rzucę okiem.

Konstrukcja przypomina wspominane wcześniej wtrącenie. W tym przypadku didaskalia zapisujemy zawsze małą literą, nie stosujemy też kropek po pierwszej części wypowiedzi. Jeśli didaskalia pojawiają się w miejscu, gdzie normalnie pojawiłby się przecinek, to nie dodajemy już tego znaku interpunkcyjnego. W przypadku 22, gdyby nie didaskalia, pojawiłby się on po „Poczekaj”.

Czasami zdarzają się sytuacje, w których nasz opis lub didaskalia przechodzą w nową wypowiedź. Jeśli to opis, to będzie to wyglądać tak:

23) Nie mogąc znieść narastającej ciszy, Marek wstał i wyznał:

– To była moja wina!

Jeśli jednak to didaskalia kończą się przejściem w wypowiedź, to zastosujemy taką konstrukcję (oczywiście pod warunkiem, że to wypowiedź tego samego bohatera):

24) – Poczekaj. – Podniósł do ramienia karabin i przez lunetę spojrzał na wiszącą nad basenem tarczę, po czym mruknął: – Rzucę okiem.

A co zrobić w wypadku, gdy wypowiedź bohatera ciągnie się i ciągnie już na dwie strony, a prawdy objawione przez niego wypowiadane nie chcą się skończyć? Wtedy stosujemy nowe akapity dla odróżnienia nowej myśli, ale nie dodajemy nowego myślnika na początku. Ciągniemy nową wypowiedź:

25) – …i wtedy powiedział mi, że już nigdy nie będzie tak samo, jak było, gdy zwiedzaliśmy całymi dniami Paryż, gdy mówił mi rzeczy, których nigdy nie mówił nikomu innemu, gdy patrzył na mnie tak, jakby nikogo innego nie było wokół nas. To wszystko odeszło i już nie wróci, tak powiedział.

Powinien trafić do piekła za każde kłamstwo, które przeszło przez jego usta. Za każdą pustą obietnicę, którą mi złożył i za każdy fałszywy uśmiech, który posłał w moją stronę. A ja…

A ja, głupia, powinnam przestać wzdychać do jego zdjęcia, a nie zamykać je w medalionie i trzymać przy swoim sercu każdego dnia.

Należy jednak zaznaczyć, że ten zapis budzi dość dużo kontrowersji i przez część osób uznawany jest za niepoprawny. Tym samym dobrze używać go w ostateczności, jeśli naprawdę nie możemy przedzielić takiego monologu wtrąceniami innych bohaterów czy innymi fragmentami tekstu.

Oczywiście w wypowiedziach każdy zwrot adresatywny (także wołacze) oddzielamy przecinkami z obu stron, chyba że stoi na końcu lub początku zdania, wtedy tylko z jednej:

26) – Adaś, ty to jesteś gość!

27) – Wszystko już gotowe, panie prezydencie.

Zapis myśli bohaterów:

Zapisanie myśli bohaterów jest już trochę trudniejszym zadaniem, bo w języku polskim nie istnieją zasady, które narzucałyby jeden konkretny sposób. Tym samym w przypadku tego elementu kluczowa jest konsekwencja, bo sposoby bywają już naprawdę różne i tak naprawdę zależą od tego, co piszemy.

Poniżej kilka przykładowych sposobów. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć własne wyróżnianie myśli, należy jednak pamiętać, że nie powinno używać się jednocześnie kursywy i cudzysłowu – zasady mówią, że używamy wyłącznie jednego sposobu wyróżnienia jednocześnie.

28) Twoje zbiry – pomyślał Graham. Za kilka minut już mnie tam nie będzie.

29) Twoje zbiry, pomyślał Graham. Za kilka minut już mnie tam nie będzie.

30) Twoje zbiry – pomyślał Graham. Za kilka minut już mnie tam nie będzie.

31) „Twoje zbiry”, pomyślał Graham. „Za kilka minut już mnie tam nie będzie”.

32) „Twoje zbiry” – pomyślał Graham. „Za kilka minut już mnie tam nie będzie”.

33) – „Twoje zbiry” – pomyślał Graham. – „Za kilka minut już mnie tam nie będzie”.

Jest tego całkiem sporo i tak naprawdę trudno wskazać jedną, najbardziej uniwersalną metodę. Są osoby, które preferują wersję 29, inni dosłownie jej nienawidzą, celując w jakąkolwiek opcję, która pozwoli im na szybkie zauważenie myśli bohaterów w tekście. Osobiście nie polecam wersji 3132 oraz 33 z bardzo prostego względu – wymagają one użycia cudzysłowów, które w tekstach pełnią też inną funkcję, w efekcie czego ten znak interpunkcyjny jest bardzo mocno nadużywany.

Jak NIE wydawać swojej pierwszej książki

Autor:

Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący, redaktor, webmaster

Rocznik '94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą.

Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu.

Przez ponad rok manager wydawnictwa, odpowiedzialny także za promocję wydawanych książek, obecnie wolny strzelec pracujący jako redaktor. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze Fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu FantazmatyCzasami próbuje pisać własne opowiadania, ale notoryczny brak czasu skutecznie mu to uniemożliwia.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Nie będę koncentrował się na wszystkich możliwościach, jakie ma przyszły debiutant – skoncentruję się tylko na jednej, tej związanej z zapłaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest „vanity publishing”, w skrócie „vanity” – usługa pośredniczenia w wydaniu książki. Czyli w teorii nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” to „próżność” – i w istocie ten system wydawniczy ma na celu dosłownie łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a realia rynku są bezlitosne (zwykłe prawo dżungli: przetrwają najsilniejsi).

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie bardzo konkretna specyfika tych usług, polegająca na wmawianiu klientom (autorom) rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ot, zwykłe żerowanie na ludzkiej niewiedzy – nie wszyscy muszą znać realia rynku wydawniczego, podobnie jak nie każdy jest w stanie naprawić samochód i dlatego musi powierzyć to zadanie specjaliście. O ile jednak pracę mechanika ocenić łatwo (jedzie albo nie jedzie), o tyle ocena gotowego produktu, jakim jest książka, dla osoby bez odpowiedniej wiedzy będzie niełatwym zadaniem.

Jeśli zatem kiedykolwiek otrzymałeś propozycję wydania tekstu z własnym wkładem finansowym, rozważasz taką opcję lub – co gorsza – uważasz, że inaczej nie można zaistnieć na rynku, zapoznaj się z poniższym tekstem. Będzie długo, ale wyczerpująco.

Pragnę uczulić też na jedną rzecz: w poniższym tekście rozpatruję wyłącznie model wydawniczy vanity, nie selfpublishing, w którym autor jest koordynatorem procesu wydawniczego i zleca kolejne etapy bezpośrednio. Jeśli uważasz, że system vanity jest idealny dla twoich potrzeb – nie musisz czytać dalej, prawdopodobnie znasz jego wady i zalety. Wcześniej zamieszczam jednak dłuższą wypowiedź Radosława Lewandowskiego, twórcy, który zadebiutował właśnie w systemie vanity, obecnie zaś odnosi kolejne sukcesy w wydawnictwach tradycyjnych:

vanity1

Jak rozpoznać vanity?

To bardzo łatwe zadanie – z vanity mamy do czynienia w każdej sytuacji, w której oferuje się nam wydanie tekstu po pokryciu (rzekomej) części kosztów. To kwoty oscylujące w zakresie od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy (sic!) złotych – w dalszej części tekstu pokażę, dlaczego tego typu wyliczenia nie mają żadnego sensu.

Możecie być też niemal pewni, że odpowiedź z firmy vanity zawsze będzie zawierała same pochwały. Jeżeli zaś recenzenci „widzą w niej potencjał” – tu powinna włączyć wam się pierwsza czerwona lampka. Jaki interes miałaby firma w odmawianiu wykonania usługi klientom, którzy posłusznie przynoszą im grubą kasę?

Żaden.

Dlatego zanim zlecicie suty przelew lub zaczniecie wkładać buty, by biec do najbliższego banku po kredyt, przeczytajcie cały tekst.

Wypromujemy cię w całym kraju!

Praktycznie zawsze w hasłach zapewniających o intratności przedsięwzięcia pojawiają się slogany dotyczące promocji. Kto nie chciałby zobaczyć swojej książki na bilbordach, tramwajach czy na wystawie w księgarni?

Jednak w praktyce nie jest tak różowo.

W internetowych dyskusjach na temat czytelnictwa bardzo często podnosi się larum, że skoro wydawcy w ogóle nie inwestują w marketing, to i sprzedaż jest kiepska. Jednak gros komentatorów nie zdaje sobie sprawy, ile tak naprawdę kosztuje skuteczne wypromowanie książki. Reklama w czasopiśmie? Kilka tysięcy, w tytułach o większym zasięgu nawet kilkadziesiąt. Lepsza ekspozycja w księgarni? Dobre kilkanaście tysięcy. Do tego pomniejsze koszty promocji (egzemplarze recenzenckie, spotkania autorskie, banery, patronaty). Niemniej hasło „ogólnopolska promocja” brzmi dumnie.

Gdzie jest haczyk?

Internet. Właśnie tu kryje się sedno problemu – ogólnopolska promocja to bardzo często wrzucenie informacji o książce na stronę wydawcy, ewentualnie wysłanie kilku egzemplarzy recenzenckich do blogerów (nie liczcie na recenzje w prasie, dziennikarze po prostu nie zapoznają się z takim tekstem, bo są świadomi, że w tego typu wydawnictwach wydać może każdy, a selekcja nawet jeśli istnieje, to w jej wyniku odrzuca się co najwyżej teksty, które nawet nie są napisane średnio poprawną polszczyzną. Miejsca na działy kulturalne jest bardzo mało i nikt nie poświęci go na dzieła wątpliwej jakości). Jest ogólnopolski zasięg? Ano jest, przecież stronę można otworzyć z każdego miejsca w kraju. Ba, jestem zdumiony faktem, że żadna z firm nie poszła dalej i nie mówi o zasięgu ogólnoświatowym.

Pamiętajcie też o jednym bardzo ważnym aspekcie – wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda mechanizm vanity, jednak równie wielu doskonale go rozumie. Innymi słowy: dla znacznej grupy odbiorców jesteście po prostu spaleni przez samo logo wydawnictwa na okładce, które będzie krzyczeć „tekst tak słaby, że nie chcieli go w normalnej oficynie”. Napisaliście tekst DOBRY, ale z jakichś powodów wydaliście go w vanity? Istnieje spore ryzyko, że wielu czytelników najzwyczajniej w świecie nie zaryzykuje kupna książki z wydawnictwa, którego oferta jest kojarzona z grafomanią.

vanity2

Ogólnopolska dystrybucja

Tutaj działa wspomniany wyżej mechanizm – książka zostaje wstawiona do internetowej księgarni wydawcy, czasami także do innych tego typu sklepów, jednak jej pojawienie się na półce może być raczej dziełem przypadku. Często takie pozycje kończą swój żywot jako dostępne w ofercie – czyli zamawiane na wyraźne życzenie kupującego, niedostępne stacjonarnie. Raczej zapomnijcie o dumnym pozowaniu na tle grzbietów waszej książki – szczególnie jeśli wydawca oferuje niewielką liczbę egzemplarzy, przykładowo 300. To bardzo mało w skali ogólnokrajowej i próba natrafienia na wasze dzieło może przypominać szukanie igły w stogu siana.

Cały proces opiera się o bardzo prostą ekonomię: księgarnia to nic innego jak sklep z książkami, który ma za zadanie generować zyski. Kto ma zatem większą szansę na pojawienie się na półce – znany autor z niezłą promocją czy debiutant, który nie zdołał wyrobić sobie jeszcze renomy? W tym drugim wypadku dobrze mieć też świadomość, że kanały promocyjne dla vanity są bardzo ograniczone, a poważna aktywność wybranego przez was wydawcy zapewne skończy się na wysłaniu notki prasowej do kilkuset redakcji, z czego większość odbiorców skasuje ją bez czytania, więc możliwości dotarcia do czytelników są jeszcze mniejsze.

Pamiętajcie też, że macie dużą konkurencję – walczycie o uwagę czytelnika z innymi autorami, a także tradycyjnymi wydawnictwami. By przekonać się o popularności vanity, najlepiej przejść się do najbliższych kilku księgarni i sprawdzić, jak wiele książek danej oficyny tam znajdziemy.

Miliony egzemplarzy!

Jedna z pionierskich na polskim rynku firm vanity (na szczęście już nieistniejąca) kusiła potencjalnych klientów bardzo górnolotnym hasłem: nakład 10 000, ale najpierw wydrukujemy 300 sztuk. Żeby było ciekawiej, jeśli w określonym czasie nakład się nie wyczerpał, autor był zobowiązany do wykupienia pozostałych książek (innymi słowy: płać za wydanie i jeszcze za niesprzedane egzemplarze). Miejmy jasność – dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie jest niczym niemożliwym do osiągnięcia (w tym miejscu warto nadmienić, że wydawcy bardzo różnie oceniają sprzedaż pozwalającą ocenić książkę jako bestseller – jedni wskazują mniej niż 10 000, inni są bardziej optymistyczni i zakładają sprzedaż nawet na poziomie 30 000). Oczywiście bardzo wiele zależy od gatunku i okładki (tak, to element mający całkiem spore przełożenie na sprzedaż), jednak przyjmijmy, że debiutant w beletrystyce ma naprawdę małe szanse na osiągnięcie pułapu nawet 5 000 egzemplarzy – przy dobrej promocji to około 1 500 do 2 000 sprzedanych książek.

Płać i płacz

Warto wiedzieć jedno: książki drukuje się w offsecie (tekst jest nanoszony na papier „ciągiem” przez odpowiednie wałki) lub cyfrowo. Zdecydowana większość pozycji dostępnych w księgarni to offset – technologia zdecydowanie najkorzystniejsza finansowo przy większych nakładach (im większy nakład, tym mniejszy jednostkowy koszt egzemplarza). Druk cyfrowy jest raczej gorszej jakości, ale pozwala na drukowanie nawet pojedynczych egzemplarzy (przy druku offsetowym koszt wydruku jednej książki byłby dosłownie zabójczy ze względu na specyfikę procesu). Nakłady w wydawnictwach vanity nie przekraczają 1 000 egzemplarzy (najczęściej to wspomniane już wcześniej 300 egzemplarzy), więc z wiadomych względów przyjmujemy, że koszty oszacowano dla druku cyfrowego.

Format A5, 148 x 210 mm, pozioma

Nakład 300 egz.

Oprawa miękka, papier arktika-230, 230 g/m2

Liczba stron czarno-białych: 300, papier offset, 70 g/m2

Podatek: 5%

Koszt wydruku jednego egzemplarza: 5,81 złotego

Format 125 x 176 mm, pozioma

Nakład: 220 egz.

Oprawa miękka, papier 230 g/m2, folia błysk

Liczba stron czarno-białych: 232, papier objętościowy Creamy 70 g/m2

Podatek: 5%

Koszt wydruku jednego egzemplarza: 3,49 złotego

W sieci można znaleźć wiele kalkulatorów na stronach drukarni, dość łatwo więc sprawdzić ceny w kilku firmach i porównać je z poniższymi.

Warto też pamiętać, że wydawcy vanity mogą uzyskać lepsze ceny niż osoba z ulicy, z racji częstotliwości zamówień – całościowy koszt będzie jeszcze mniejszy. Przyjmijmy zatem wariant droższy i zaokrąglijmy cenę w dół, do 5 złotych za egzemplarz. Przy nakładzie 300 egzemplarzy daje to koszt druku w wysokości 1 500 złotych. Okładka ze stocka to jakieś 100, w porywach 200 złotych. Przyjmijmy, że tekst liczy sobie około 10 arkuszy wydawniczych (40 000 znaków ze spacjami to 1 arkusz wydawniczy) i zestawmy to ze średnimi stawkami dla redaktora i korektora w firmach vanity (w środowisku edytorskim nie są one jakąś tajemnicą). Redakcję wyceńmy na 60 złotych za arkusz, korektę na 30 złotych (to mało, naprawdę mało), łącznie 900 złotych za opracowanie. Koszt składu (rynkowy, więc raczej zawyżony dla realiów vanity) to około 500 złotych.

Łącznie? Około 3 100 złotych (oczywiście to tylko koszt wydruku, nie wliczam kosztów funkcjonowania firmy, bo ich uwzględnienie tutaj byłoby niezwykle trudne).

Teraz szybki rzut oka na kwoty zbiórek crowfundingowych (gdzie to nie autor płaci za wydanie, tylko chętni czytelnicy), których celem jest uzbieranie kwoty niezbędnej do wydania książki: średnio 10 000 złotych (to i tak bardziej optymistyczna wersja, bo niektóre z firm żądają jeszcze więcej). Odejmijmy prowizję portalu i nagrody dla wspierających, zostanie pewnie jakieś 8 000 (pewnie przesadziłem z zaniżeniem kwoty, jednak uznajmy to za bezpieczną wartość). Po drodze znikło blisko pięć tysięcy. Gdzie się podziały?

Oczywiście w kieszeni wydawcy. Nawet uwzględniwszy koszty logistyki i przechowywania tych egzemplarzy, zarobek za sam fakt pośredniczenia w procesie wydawniczym jest horrendalny.

Właśnie dosłownie wcisnęliście firmie pieniądze za to, że będzie sprzedawać waszą książkę i pobierać z tego spory procent. Przypomina to sytuację, w której to wy płacicie swojej firmie za możliwość podjęcia pracy, a na dodatek z wypracowanych przez was zysków jest pobierana kolejna opłata.

Tradycyjny wydawca musi zadbać o sprzedaż waszej książki, jeśli chce odzyskać zainwestowane pieniądze – wydawca vanity zarobił już dzięki wam, nie poniósł też żadnych kosztów, skoro ponieśliście je wy. W takim modelu dbanie o sprzedaż nie ma żadnego sensu, a jest wręcz niewskazane ze względu na generowanie dodatkowych kosztów (logistyka, promocja, pracownicy).

vanity3

Ale oni płacą więcej!

Firmy vanity często chwalą się, że u nich autor zyskuje znacznie większe honorarium za sprzedane egzemplarze (faktycznie, często to nawet 75% ceny sprzedaży). W końcu normalny wydawca oferuje średnio około 10% od ceny sprzedaży książki. Teoretycznie bardzo niewiele, ale warto mieć na uwadze, że lwią część (około połowy, niekiedy nawet 60%) tej kwoty zabierają pośrednicy, czyli dystrybutor i księgarz, a trzeba przecież zapłacić jeszcze redaktorowi, korektorowi, składaczowi, grafikowi, marketingowcowi i pani sprzątaczce. Wydawca musi dbać o swoją opinię, więc zatrudnia specjalistów lepszych niż firma vanity (czyli droższych), co oczywiście generuje większe koszty procesu wydawniczego. Jeśli ktoś spodziewał się, że właściciele tradycyjnych oficyn leżą do góry brzuchami w bananowych republikach, to muszę go gorzko rozczarować – w tej branży trudno liczyć na kokosy, a sprzedażowe hity takie jak „Harry Potter” czy „Zmierzch” zdarzają się bardzo rzadko.

Skąd zatem bierze się te kilkadziesiąt procent więcej? Właśnie stąd, że opłaciliście cały proces wydawniczy (tak, po raz kolejny powtórzę: nie wierzcie w bzdury, że to „współfinansowanie”), wydawca nie poniesie kosztów promocji i dystrybucji, a i tak jest już na dużym plusie. Śmiało może wam oddać te kilka złotych więcej, tym bardziej, że jego przychody nie opierają się na środkach ze sprzedaży wydawanych tytułów. Pamiętajcie też, że w przypadku tradycyjnego modelu wydawniczego zaczynacie od zera lub nawet plusa (zaliczka, często nawet w wysokości kilku tysięcy złotych), w przypadku vanity najpierw musicie niemało zainwestować, by w ogóle mieć jakąkolwiek szansę na odzyskanie tej kwoty.

Szanse na to są małe.

To przynajmniej mogę więcej?

Osoby zainteresowane wydaniem własnej twórczości bardzo często zadają jedno pytanie: czy będą miały jakikolwiek wpływ na ostateczny kształt publikacji. Prawdopodobnie wiąże się to z często powtarzanym mitem, jakoby wydawcy mieli (często bez wiedzy autora) dopuszczać się poważnych ingerencji w treść powieści, a nawet ją cenzurować. Jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc postaram się wytłumaczyć ( pokrótce, bo sam proces wydawniczy to temat na drugi tekst o podobnej objętości), jak to wygląda w rzeczywistości.

Po pierwsze sytuacja w której wydawca dokonuje samodzielnie poprawek w tekście, jest dla autora… całkiem pozytywna, bo odszkodowanie wywalczone od nieuczciwej firmy powinno przewyższać potencjalne honoraria. Ale raczej nie ma co liczyć na łatwy zarobek, nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na taki krok, w najgorszym razie po prostu podziękują wam w środku współpracy i tekst będziecie musieli wydać gdzie indziej.

Co do samej cenzury, to przypomina to pewien wiekowy już dowcip:

„Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.”

Jak zatem wygląda to w praktyce? Każdy tekst (przynajmniej w teorii) jest poprawiany przez redaktora, który może (a często nawet powinien) zasugerować poprawki: przykładowo rozbudowę jakiegoś dialogu, opisu, usunięcie konkretnej sceny czy nawet rozdziału. Co ważne, nigdy nie jest to nakaz – w myśl prawa autorskiego twórca ma ostatnie słowo i od niego zależy, czy poprawki przyjmie, czy nie. Dobrze też pamiętać o tym, że niewielu autorów jest w stanie skontrolować redakcję i korektę. W tekście Marcina Zwierzchowskiego, do którego link znajdziecie na samym końcu, możecie przeczytać nieco więcej o przypadku książki, która (według wydawcy vanity) przeszła trzykrotną korektę, a błędów ortograficznych było w niej więcej niż w przeciętnym wypracowaniu ucznia podstawówki. I mowa tu o błędach, które w znacznej mierze można by wyeliminować za sprawą starego, poczciwego wordowego F7. Innymi słowy: między bajki włóżcie zapewnienia o profesjonalnej redakcji i korekcie. By jednak być uczciwym, w tradycyjnych wydawnictwach też bywa z tym różnie, ale szansa na porządną współpracę jest zdecydowanie dużo większa.

W przypadku okładki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo tak naprawdę to jedno z najcięższych dział w marketingowej baterii artyleryjskiej (niektórzy powtarzają, że dobra okładka to już połowa sukcesu). Okładka ma przede wszystkim książkę sprzedać, i możecie śmiało założyć, że będą nad nią pracować osoby ze znacznie większym doświadczeniem. W tradycyjnym modelu wydawniczym jest zatem bardzo duża szansa, że wydawca przyjmie wasze sugestie, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośredni wpływ na wygląd okładki. W vanity wygląda to oczywiście inaczej – jak wspominałem wcześniej, wydawca zdążył już zarobić, więc sprzedaż danego tytułu nie jest jego „być albo nie być”. Ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować nawet najgorszy bohomaz, który zaproponuje autor.

A moja własność?

Wydawnictwa vanity często straszą autora, że wydawca tradycyjny zabierze mu prawa do książki. Brzmi przerażająco – jednym podpisem stracić często wielomiesięczną, a niekiedy kilkuletnią pracę? Pokrótce wyjaśnię dwie kwestie.

Prawa do dzieła (tekstu) to prawa autorskie, dzielące się na osobiste i majątkowe. Te pierwsze w myśl polskiego prawa są niezbywalne, więc jeśli zdarzyłaby się sytuacja, że ktoś ukradnie nasz tekst i podpisze go swoim imieniem i nazwiskiem, to łamie prawo. Warto o tym pamiętać przy wysyłaniu tekstu do wydawców – wydanie go bez waszej zgody i pod cudzym nazwiskiem dla wydawcy oznaczałoby bardzo poważne problemy, a wy mielibyście odszkodowanie w kieszeni.

W przypadku podpisania umowy wydawniczej należy przenieść prawa majątkowe na wydawcę lub udzielić mu licencji – bez tego niemożliwe jest dystrybuowanie książki. Standardowy okres takiego przeniesienia to pięć lat, ale wszystko zależy od zapisów w umowie (może być to okres krótszy lub dłuższy). Dobrze mieć też na uwadze, że jeśli wydawnictwo vanity „wspaniałomyślnie” oferuje wam udzielenie niewyłącznej licencji, to tak naprawdę nie zyskacie na tym nic z bardzo prostego powodu: żaden wydawca nie zdecyduje się na wydanie książki, do której prawa posiada inna oficyna. Nie ma to po prostu żadnego sensu, szczególnie ekonomicznego. Wyobrażacie sobie kupno samochodu, który musicie dzielić z zupełnie obcym wam człowiekiem?

vanity4

Świat stoi przede mną otworem

Podobno wydanie pierwszej książki jest najtrudniejsze – to ona przeciera nam szlaki i zaczyna wyrabiać nazwisko, które w przyszłości może być silną kartą przetargową przy poszukiwaniu wydawcy (warto zwrócić uwagę, że wielu debiutantów nigdy nie wydaje drugiej książki). Jest jednak jeden mały problem…

Wydanie w vanity przykleja autorom łatkę grafomana, niezależnie od tego, jakiej jakości są wasze teksty. To siła stereotypów, czytelnicy widząc znajome logo wydawnictwa vanity, od razu zaczynają myśleć o waszej książce w kategoriach „na pewno nie chciał go żaden porządny wydawca, więc musiał zapłacić”. Oczywiście są liczne wyjątki (jak cytowany znacznie wyżej Radosław), ale to nadal tylko wyjątki.

Dobrze mieć na uwadze, że wydanie w trybie vanity może zmniejszyć w przyszłości wasze szanse na wydanie. Oczywiście jeśli napiszecie tekst dobry (czy nawet świetny), to wydawca nie będzie patrzył na waszą dotychczasową bibliografię, bo i po co? Biorąc pod uwagę niewielki zasięg vanity powieść wydana w tym trybie pewnie nawet nie zostanie zauważona bez pomocy wyszukiwarki. Propozycje wydawnicze są jednak oceniane przez ludzi, a ci mogą odebrać fakt debiutu w vanity negatywnie, tym samym decydując o odrzuceniu waszej propozycji.

Ale szybko odpisali i byli mili

Wysłałeś tekst i teraz z niecierpliwością oczekujesz odpowiedzi – zna to każdy, kto kiedykolwiek podchodził do poszukiwań wydawcy dla swojego dzieła. Na początek trochę informacji na temat rynku.

Branża wydawnicza w Polsce nie jest ani intratna, ani rozbudowana, więc wydawców wcale nie ma zbyt wielu, na dodatek zdecydowana większość specjalizuje się w konkretnych gatunkach (dlatego wysyłanie książki kucharskiej do oficyny zajmującej się wydawaniem kryminałów nie jest najlepszym pomysłem – nawet jeśli otrzymalibyście pozytywną odpowiedź, to pamiętajcie, że wydawca nie ma żadnego doświadczenia i kanałów reklamy książek kucharskich). I tu wracamy do sedna: piszących jest więcej (zdecydowanie więcej!) niż wydawnictw, w efekcie czego ci ostatni są dosłownie zarzucani propozycjami (do tego, dla którego pracowałem, przychodziło nawet 50 dziennie). Nawet przy bardzo ambitnych planach wnikliwego zapoznania się z każdą z nich recenzowanie propozycji musi zająć jakiś czas – najczęściej kilka miesięcy, bo pracownicy wydawnictwa mają też masę innych obowiązków.

Firmy vanity często odpowiadają w jakieś trzy dni, rekordziści po kilku godzinach. Nie miejcie nawet cienia nadziei, że ktokolwiek zapoznał się z waszym tekstem poza rzuceniem okiem na kilka linijek – pozytywna odpowiedź na pewno będzie okraszona wspaniałymi epitetami, które mają połechtać wasze ego (a nuż zostaliście odrzuceni przez innego wydawcę i właśnie teraz poczujecie się docenieni?). Oczywiście tekst jest genialny, chcemy go w naszej ofercie, już przygotowujemy dla pana/pani kosztorys i wspaniałomyślnie zgadzamy się na pokrycie (rzekomej) połowy kosztów.

A guzik. Jeśli uwierzycie w te słowa, to jest szansa, że wyrządzicie sobie bardzo dużą krzywdę. Przez zaskakująco krótki czas trwania procesu wydawniczego nie będziecie tego świadomi – marzenie się spełniło, już lada dzień do waszego domu dotrą jeszcze pachnące farbą drukarską egzemplarze.

Nadchodzi jednak czas zderzenia się z brutalną rzeczywistością, gdy wasza książka dostanie się w ręce osoby znającej się na literaturze lub po prostu branżowca. Jeśli tekst nie był zły, to taki osobnik pewnie pomarudzi nad wyborem wydawcy, ale pochwali samo dzieło. Jednak znacznie bardziej prawdopodobna jest opcja, że zostaniecie zrównani z ziemią – wbrew pozorom autorowi bardzo trudno spojrzeć trzeźwo na swój tekst i zauważyć jego niedoskonałości, a jeśli dodatkowo uwierzymy w fałszywe zapewnienia ze strony firmy, to może okazać się, że zapoznanie się z konstruktywną krytyką będzie bolesnym zakończeniem bujania w obłokach, a wy wściekniecie się albo na krytyka, albo na siebie. Żadna z tych opcji nie jest szczególnie interesująca.

Dają ISBN

Wiele firm wydających ze współfinansowaniem sugeruje, że ISBN jest dostępny głównie dla wybranych, a jego uzyskanie przypomina odnalezienie formuły na kamień filozoficzny. Rzeczywistość okazuje się jednak mniej skomplikowana.

Pozyskanie puli numerów ISBN (minimum dziesięć, maksymalnie tysiąc) to zajęcie na jakieś trzy minuty pracy, przy założeniu, że dopiero rejestrujemy się w serwisie http://e-isbn.pl. Nie potrzebujemy nawet własnej działalności gospodarczej – przy zakładaniu konta możemy podać swój numer PESEL i pozostałe wymagane dane. Jedyną drobną niedogodnością może być fakt, że pobrany wniosek musimy wydrukować, podpisać i wgrać jego skan do serwisu. Dlatego nie wierzcie, że wydawca vanity robi wam niesamowitą przysługę pozyskaniem numeru ISBN – po prostu pobiera kolejny numer z przyznanej puli. I na pewno nie płaci za to nawet złamanego grosza.

A skoro o tym mowa… Niekiedy firmy vanity jako zaletę wydania książki u nich wskazują także przesłanie egzemplarzy do Biblioteki Narodowej i do kilkunastu bibliotek w całej Polsce (ich lista dostępna jest na stronie BN). Oznacza to oczywiście zapisanie się na kartach literackiej historii. Zapominają jednak wspomnieć, że to obowiązek narzucony wszystkim wydawcom przez ustawodawcę (ustawa z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych).

Im się udało

Inny częsty argument to powołanie się na kilku (bardzo nielicznych) autorów, którzy sławę zdobyli właśnie po publikacji w systemie vanity – nie wspomnę tu tytułów i nazwisk, by nie robić nikomu kryptoreklamy. Jeśli okaże się, że wydawca w ten sposób zechce zachęcić was do zostawienia u niego pieniędzy, spróbujcie szybko policzyć wzmiankowanych autorów a potem zapoznajcie się z aktualną ofertą wydawcy – będzie ona liczyć przynajmniej kilkanaście tytułów, w przypadku większych firm vanity liczba będzie szła w setki. Wybierzcie losowo kilka, kilkanaście nazwisk i odpowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy kiedykolwiek słyszeliście o tych ludziach?

Nawet jeśli odpowiedzieliście twierdząco, wybierzcie kolejne kilka nazwisk z listy i poszukajcie na ich temat informacji w sieci: czy wydanie w vanity stało się początkiem ich kariery, czy wydali kolejne powieści? Oczywiście, istnieje szansa, że tak było, ale… jaka to szansa? Z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że nie uda wam się wytypować takich twórców. Nie oszukujmy się, że tradycyjni wydawcy z każdego debiutanta stworzą poczytnego pisarza, bo zaskakująco wielu kończy karierę właśnie po wydaniu pierwszego dzieła, wciąż jednak szansa na zaistnienie w świadomości czytelników jest zdecydowanie większa (pamiętajcie, że debiutant w dobrej oficynie może liczyć nawet na jakieś 2 000 sprzedanych egzemplarzy. Autorzy vanity często poirytowani donoszą, że po uwzględnieniu znajomych i rodziny ta sprzedaż zamykała się w mniej niż… 50 egzemplarzach, przy odrobinie szczęścia zbliżała się do 100). Zwróćcie też uwagę, że oficyny vanity nie specjalizują się w konkretnych gatunkach, wydają naprawdę wszystko i bardzo dużo – bo na tym zarabiają, nie ponosząc przy tym żadnego ryzyka finansowego. W zwykłym wydawnictwie selekcja jest niezbędna, by móc wybrać teksty najlepiej rokujące finansowo.

Przy wyborze drogi wydawniczej warto zastanowić się nad tym, komu bardziej będzie zależało na skutecznym wypromowaniu dopracowanego produktu: wydawcy, który poniósł koszty związane z procesem wydawniczym (przy rynkowym nakładzie i normalnej wycenie usług to dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czy firmie, która pokryje wszystkie wydatki z waszej wpłaty i zainkasuje jeszcze niemałą część tej kwoty wyłącznie za pośredniczenie. Odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta.

A stąd już szybka droga do stwierdzenia, że rynek wydawniczy to jedno wielkie oszustwo.

Osoby zainteresowane tematem mogą znaleźć charakterystykę konkretnych przypadków w tekście Pawła Pollaka:

http://pawelpollak.blogspot.com/2014/09/pszygody-komisaza-maciejewskiego-czyli.html

Oraz w artykule Marcina Zwierzchowskiego:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1613159,1,chcesz-byc-autorem-ksiazki-najpierw-zaplac.read

Dawid "Fenrir" Wiktorski

Newsletter

Kontakt

Powiedz o nas znajomym

Jesteśmy dla wszystkich