Autor

Dawid Wiktorski

redaktor prowadzący

Rocznik '94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą.

Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu.

Przez ponad rok manager wydawnictwa, odpowiedzialny także za promocję wydawanych książek, obecnie wolny strzelec pracujący jako redaktor. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu Fantazmaty. Czasami próbuje pisać własne opowiadania, ale notoryczny brak czasu skutecznie mu to uniemożliwia.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Jakiś czas temu, przy okazji ogłaszania wyników I etapu drugiego konkursu, obiecaliśmy, że podzielimy się z wami przykładowymi redakcjami. Publikujemy zatem pierwsze opracowanie, w którym chcemy wam pokazać, na jakie rzeczy zwraca uwagę redaktor oraz jaka może być jego rola przy pracy nad ostatecznym kształtem tekstu.
Zredagowany tekst pochodzi z konkursu Umieranie to parszywa robota i został odrzucony w pierwszym etapie. Oczywiście uzgodniliśmy z autorem publiczne przedstawienie efektów pracy na jego dziele, ale poprosił on o anonimowość i usunięcie tytułu z pliku.
Sam wybór tekstu nie jest przypadkowy, bo to bardzo (nie)wdzięczny przypadek dobrego pomysłu, który został wykorzystany przeciętnie (i śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że raczej niespecjalnie dotknął motywu przewodniego konkursu).
Najważniejsza informacja dla wszystkich osób, które zechcą zapoznać się z opowiadaniem – wszystkie uwagi pochodzą od redaktora i nie trzeba się z nimi zgadzać. Oczywiście tytuł wpisu nawiązuje do powieści braci Strugackich. 🙂
Informujemy też, że tekst został poddany wyłącznie redakcji, nie ma w nim innych poprawek – zależało nam na ukazaniu wyłącznie tego etapu pracy. Jeszcze ważniejsza informacja: to pierwsza redakcja i w tym momencie skupia się ona na tym, co trzeba w tekście zmodyfikować, poprawki stylistyczne, językowe czy inne tego typu nie mają sensu, póki tekst nie zostanie wyczyszczony (bo duża część takich poprawek zostałaby usunięta przez autora).

Plik z uwagami
pdf
Uwagi do tekstu

Dużo uwag znajduje się w tekście, ale najważniejsze umieściliśmy poniżej, bo to opowiadanie, które autor powinien właściwie napisać na nowo, rozwijając ledwie zarysowane pomysły. I znów: absolutnie nie trzeba się zgadzać z propozycjami redaktora.
Przede wszystkim największym problemem, z jakim musiał zmierzyć się autor, jest długość opowiadania – limitem było 30 000 znaków, tekst w oryginalnej formie liczy sobie niewiele ponad połowę tego. Zawarcie w takiej objętości satysfakcjonującej opowieści jest zadaniem co najmniej trudnym, ale nie niewykonalnym (oczywiście trudno nie zarzucić autorowi, że nie wykorzystał blisko połowy dostępnego limitu).
Najpoważniejszą wadą tekstu okazał się tak naprawdę brak większego pomysłu na całą opowieść. Otrzymaliśmy właściwie jedną scenę, w trakcie której dzieje się wiele i zarazem… nic konkretnego, bo trudno doszukiwać się jakiegoś głębszego znaczenia w walce z ghulami. Co gorsza, cała krótka i dynamiczna historia sprowadza się do zaprezentowania bardzo interesującego motywu w realiach postapo, które też zostały potraktowany raczej po macoszemu.
Autor wykreował postapokaliptyczny świat, o którym nie wiemy zbyt wiele, ale to akurat zaleta, nie wada. Ot, tajemnicza zaraza, która ożywiła trupy, zniszczone, opustoszałe miasta, tak naprawdę nie znamy przyczyn obecnego stanu rzeczy, nie mamy pojęcia, czy był to wirus, czy bomby atomowe, czy coś jeszcze gorszego. Otrzymujemy pewne podwaliny (gildia, najemnicy i artefakty, czyli pozostałości pradawnej technologii), które jednak powinny odgrywać w całej opowieści bardziej konkretną rolę (bo w wersji obecnej to tak naprawdę elementy tła, niezbędne, by usprawiedliwić samobójczą wyprawę głównego bohatera).
Najważniejszym motywem tekstu z pewnością pozostaje rola przedwojennej technologii w społeczeństwie, które powstało już po apokalipsie, co najlepiej oddaje modlitwa Rexxa tuż przed zniszczeniem przeciwników (i samego Rexxa). W pierwotnej wersji opowiadania metaforycznego boga poznawaliśmy już w pierwszym akapicie, choć oczywiście nie znaliśmy jeszcze jego późniejszej roli – ale łatwo można było się tego domyślić, szczególnie po oryginalnym tytule opowiadania, że na pewno nie zostanie on sprowadzony do roli biernego obserwatora.
Tak naprawdę to ten jeden motyw zdecydował, że wybraliśmy własnie ten tekst, bo chociaż pomysł w konwencji postapo nie jest nowy, to z pewnością zasługiwał na uwagę w połączeniu z kontekstem religijnym. Opowiadanie powinnno zostać gruntownie przebudowane przede wszystkim pod kątem światotwórstwa – autor musi zaprezentować zdecydowanie więcej niż tylko krótką wspominkę o pozostałych najemnikach i gildii. Zostaje mu przekazany „artefakt”, o którego działaniu ma jako-takie pojęcie (co zostało zaznaczone w uwagach w pliku), ale nie kryje się za tym żadna historia ani nawet uzasadnienie. Co można zrobić?
Przede wszystkim naprawdę nakreślić „boską” rolę dawnego satelity wojskowego. Motyw czczenia obiektów z przeszłości jest często wykorzystywany (na przykład w ostatnim filmowym Mad Maxie mieliśmy doskonały tego przykład), i właśnie tego elementu tutaj zabrakło. Stworzenia jakiejś religii, której wyznawcy czczą nieznane czytelnikowi bóstwo, pozostałości dawnego świata. Oczywiście w tym scenariuszu artefakt powinien raczej zostać znaleziony przez Rexxa niż otrzymany w formie zaliczki, bo możemy zakładać, że nikt nie oddałby tak potężnego przedmiotu.
Sama kreacja postapokaliptycznego bóstwa nie jest trudna – jeśli założyć, że zagłada miała miejsce w tak zamierzchłej przeszłości, że nikt nie pamięta już dawnego świata, łatwo o zatarcie przekazów, które z dobrze znanych nam satelit stworzą „metalowe potwory z kosmosu” lub coś podobnego. W świecie, gdzie każdy dzień to walka o przeżycie, raczej nikt nie będzie zastanawiał się nad racjonalnościa podobnych bytów.
W takim scenariuszu można by się nawet pokusić o pozostawienie obecnej sceny walki (oczywiście z modyfikacjami, które ją uprawdopodobnią), motywując taką samobójczą szarżę wiarą głównego bohatera w fakt, że posiada łączność z bóstwem, które w czarnej godzinie przyjdzie mu z pomocą. Jeśli zestawić efekt przywołania w czarnej godzinie z wcześniejszą wiarą w istotę z nieba, która obroni wyznawcę, to otrzymalibyśmy całkiem niezły finalny efekt – pomoc nadchodzi, ale niekoniecznie w takiej formie, jakiej spodziewał się główny bohater, a czytelnik nagle dowiaduje się, że tajemnicza istota) to najzwyklejszy w świecie satelita, który krąży po orbicie, zapomniany od dziesiątek lat. No bo i kto miałby o nim pamiętać w postapokaliptycznym świecie?